Małgorzata Radtke - Czerwony lód - Wydawnictwo WasPos - Zapowiedz Patronacka

Małgorzata Radtke - Czerwony lód - Wydawnictwo WasPos - Zapowiedz Patronacka

Z wielką przyjemnością przedstawiam wam książkę, którą wzięłam pod swoje skrzydła. W tym roku, jest to mój kolejny już patronat z którego bardzo się cieszę. Czerwony lód  to debiut Małgorzaty Radtke, jest specyficzną i niereformowalną kobietą, która podąża własną drogą. Lubi motywować innych, cieszy się ze szczęścia bliskich, nie boi się pomagać, a co więcej uwielbia zarażać uśmiechem i pozytywnym nastawieniem do życia. Większość prywatnego czasu poświęca na pisaniu, podróżowaniu (szczególnie samochodem), staffika Jokera, przyjaciołom i rodzinie.
Otacza się tym, co sprawia jej przyjemność i walczy do samego końca. Z każdej porażki wyciąga wnioski.

„Czerwony lód” to nie tylko powieść kryminalna z dobrym tłem i intrygującymi postaciami, ale również konkretna dawka emocji oraz akcji, w której nie brakuje pościgów czy scen walk.

Opis;

Sierż. szt. Szadurski po policyjnej akcji w rezerwacie Beka otrzymuje wezwanie na miejsce zdarzenia do zakładu produkującego mrożonki w Szelewie. Podłoga na hali produkcyjnej zalana jest ludzką krwią. Brak ciała oraz nagrań z monitoringu od samego początku komplikuje śledztwo.

Po odnalezieniu ciała brygadzistki zostają utworzone trzy grupy śledcze. Szadurski pod ścisłym nadzorem naczelnika i prokuratora prowadzi sprawę, w której napotyka liczne komplikacje: nie tylko dyrekcja manipuluje dowodami i zeznaniami pracowników obecnych feralnej nocy na terenie zakładu, ale także jeden z istotnych świadków umiera.

Morderstwo brygadzistki wywiera na Szadurskim większy wpływ niż przypuszczał, co powoli prowadzi go na dno. Z czasem, przez niewiarygodne zeznania oraz podkładane dowody, jest zmuszony korzystać z niekonwencjonalnych metod.


Co takiego ukrywa zarząd firmy, że jest gotowy poświęcić ludzkie życia, aby prawda nigdy nie wyszła na jaw? Czy Szadurskiemu uda się znaleźć zabójcę? I co najważniejsze: ile będzie musiał poświęcić dla rozwiązania tej sprawy?


Na zachętę mam dla was fragment książki; 

Północ o różnych porach roku wygląda inaczej. Latem zwiastuje kłopoty. Dochodzi do kradzieży, pobić, zaginięć. Na nic zdaje się technologia XXI wieku, gdy ludzie zapadają się pod ziemię, a samochody rozpływają w powietrzu. Jesienią pachnie ołowiem, obciąża powieki, sprawia ból w kręgosłupie od ślęczenia przy raportach, albo od spania w służbowym samochodzie. Zimą, mimo mroku, bawi się w malarza, przyozdabia biel krwawymi plamami lepiej od Picassa. Echem roznosi trzaski gniecionych blach nieostrożnych kierowców, szczypie w zziębnięte kończyny. Pozbawia czujności.

 Wiosną północ przypomina samotną i pijaną kobietę w barze. Bywa nieobliczalna: raz szara – raz kolorowa; ciepła lub chłodna. Milczy, by zaraz uderzyć hukiem pocisku wystrzelonego tuż przy uchu… W wiosennej północy nie ma nic przewidywalnego. Tak jak dzisiejszej nocy – wraz z pojawieniem się czterech zer na zegarku myślałem o ucieczce na bezludną wyspę. Ten ostatni weekend kwietnia mnie nie oszczędzał.

Nabiegałem się po bagnach, lasach, krzakach i szosach. Nie pamiętam ile zrobiłem kilometrów, ale ból w nogach nakazał mi twierdzić, że więcej niż zwykle. Powoli martwiłem się o drogę powrotną, zostawiłem służbową bravę daleko za wniesieniem – około trzy godziny piechotą stąd. Oddech zamieniał się w parę. Mokre od potu ubranie przykleiło mi się do skóry. Śmierdziałem. Nie lubiłem tej części pracy w policji. Żyłem tym, że za pół godziny powinno być po wszystkim, jeśli informator nie nabił nas w butelkę.

Mimo zmęczenia i przemarznięcia byłem w lepszej sytuacji od swojego partnera, który ubiorem pomylił policyjną akcję z randką. Idiota założył skórzaną kurtkę, dżinsy i lakierki. Zatrzymałem się na skrzyżowaniu traktów turystycznych gdzieś w głębi lasu.

 – Szady, jesteśmy na miejscu? – Błona chuchał na dłonie.

Na odczepnego skinąłem głową. Drogę spowijała gęsta mgła, dobry sprzymierzeniec akcji w terenie. Gdyby podejrzany wybrał tę ścieżkę, moglibyśmy go tropić, zachowując niskie ryzyko, że nas zdemaskuje.

Błona szczękał zębami coraz głośniej. Dla uspokojenia własnego sumienia oddałem mu rękawiczki.

– Myślę, że przyjdzie albo z tej, albo z tamtej strony. – Wskazałem na wschód, później na zachód. – Jeśli tu poczekamy, powinniśmy na niego trafić. To dobre miejsce. Tylko zrób coś ze swoją szczęką. Możesz przestać? Przy takiej gęstości powietrza dźwięki szybko się rozchodzą.

Błona popukał się w czoło, na co przewróciłem oczami. Czasem miałem dość jego dziecinnych zagrywek. Dla pewności pociągnąłem go za drzewa.

 – Jak ja nienawidzę dyżurów.

 – Błona, zamknij się, bo nas usłyszy.

 – Łazimy po tych lasach od wieków. W życiu nie zdawałem sobie sprawy, że ten rezerwat może mieć taką powierzchnię. Ile kilosów zrobiliśmy? Dwadzieścia? Jeny, jest tak zimno, że włosy na mojej dupie skuły się lodem.

Usłyszałem coś. Piśnięcie, czy skrzypnięcie starej sprężyny.

 – To nawet nie nasza akcja – kontynuował Błona.

– Zamknij się – nakazałem i uderzyłem go lekko. Musiało jednak zaboleć,bo syknął i rozmasowywał ramię. Bez przesady, aż takiej siły nie użyłem.

Mgła opadła i stężała, nasza widoczność ograniczyła się do dwóch‑trzech metrów. Od stania w miejscu zrobiło się chłodniej. Przestraszyłem się, że Błona dostanie hipotermii, tak bardzo się trząsł.

Piszczenie sprzed kilku minut zrobiło się wyraźniejsze i powracało w regularnych odstępach. Błona odwrócił się za siebie. Ten dźwięk przypominał nienaoliwiony łańcuch sunący po zębatce.

Dużo się nie pomyliłem. Z północnej drogi wyjechał na składaku podejrzany pasujący do rysopisu podanego przez grupę delta. Skryliśmy się za drzewem. Tuż obok nas przejechał przerośnięty mężczyzna w czarnych ubraniach i czapce. Rower z każdym obrotem pedałów wyginał się w różne strony, cały zdawał się zespawany na szybko z zardzewiałych części. Poczekaliśmy, aż się oddali i ruszyliśmy za czerwonym światełkiem na tyle roweru.

 Truchtaliśmy. Nie zdążyliśmy dobrze minąć skrzyżowania, a Błona potknął się o wystający korzeń. Przeklął. Głośno. W mgnieniu oka zamarłem. Rower oddalał się – znikał we mgle.

 – Nic nie usłyszał? – spytał Błona. – Jakim cudem?

 – Chyba ma słuchawki. – Wróciłem do biegu. – Musi je mieć, albo mamy po sprawie.

 – Który złodziej bierze ze sobą słuchawki na akcję w środku nocy?

 – Chodź. Dogonimy go, a reszta wyjdzie w praniu. Siema, stary – mówiłem już przez telefon do lidera grupy drugiej – zbliżamy się w waszą stronę. Widzimy podejrzanego, porusza się na składaku. Najprawdopodobniej ma słuchawki na uszach, ale i tak zachowujemy bezpieczny dystans. Przygotujcie się.

  – Zrozumiałem – odpowiedział i rozłączył się.

Po kilometrze miałem wrażenie, że eksplodują mi mięśnie w udach i łydkach. Nawet kark i szyja paliły od bólu. Starałem się rozluźnić, pomóc sobie masażem szyi, ale w biegu nie było to łatwe. Na moje szczęście to uczucie minęło po kolejnym kilometrze. Udało mi się ustabilizować oddech. Błona biegł po gorszej stronie, gdzie kępki trawy i dziury piętrzyły się jedna za drugą. Wolałem nie wyobrażać sobie, co on w tej chwili czuje.

Mgła opadła do kostek. Widoczność się polepszyła, tak że zwiększyliśmy odległość od roweru. Biegliśmy po obu stronach drogi, żeby w razie problemu schować się za drzewami, ale podejrzany zdawał się nie czuć zagrożenia. Jechał przed siebie, podskakując na siodełku z każdym najechaniem na dziurę lub kamień. Z mojej perspektywy wyglądał tak, jakby ukradł dziewczynce prezent komunijny.

 Na jednym z licznych skrzyżowań zwróciłem uwagę na ciemne samochody zaparkowane na leśnym parkingu. Obok nich stało trzech szemranych typów zwróconych w naszą stronę. Przypominało to typową transakcję narkotykową, ale nie mogłem porzucić podejrzanego aż do punktu zmiany. Dzisiaj najważniejsza była dla mnie ta sprawa. I wcale nie pomagała myśl, że te typki pewnie wzięły nas za idiotów.

Minęliśmy równe trzy kilometry. Mogłem zwolnić. Złapałem też Błonę, aby się zatrzymał. Machnąłem dwoma palcami przed sobą i stanąłem. Z rowu zerwało się dwóch kumpli w czarnych uniformach. Przekazaliśmy pałeczkę grupie drugiej, teraz oni śledzili podejrzanego. Mogliśmy odpocząć.

Błona cupnął na powalone drzewo, a ja przystanąłem przy nim. Żałowałem, że nie występowałem w amerykańskim serialu. Tam policjanci wozili się drogimi samochodami, mieli wsparcie, szpiegowskie gadżety. W Polsce użerałem się z cięciami budżetowymi.

Posiedzieliśmy w milczeniu dobre dziesięć minut. Błona palił papierosy i pluł na ziemię, a ja szukałem zasięgu, żeby sprawdzić wiadomości. W końcu mi się znudziło, więc rozejrzałem się po okolicy. Zauważyłem pochylone drzewo, podtrzymujące się na gałęzi innego. Kojarzyłem to miejsce.

  – Idziemy. – Poklepałem Błonę po plecach i zagłębiłem się w las.

  – Ty… Dokąd? – spytał, idąc za mną. – Przecież wiesz, że powinniśmy czekać na dalsze wytyczne.

 – Niedaleko stąd jest szopa. Za gówniarza jeździłem tu z ojcem i dziadkiem na polowania. Dziadek uczył mnie strzelania, bo wierzył, że kiedyś mi się to przyda. Miał fioła na punkcie wybuchu trzeciej wojny światowej. Chciał być pewny, że zaciągnę się do wojska i robił wszystko, żeby mnie ku temu skłonić. – Przeskoczyłem przez strumyk i poczekałem na Błonę. – I się zaciągnąłem. Byłem w żandarmerii w Warszawie przez trzy miesiące, do czasu śmierci dziadka.

Wyszliśmy na polanę. Ujrzałem przed sobą szopę w opłakanym stanie, z zapadniętym dachem i powybijanymi oknami. Spodziewałem się tego. Stąd widziałem ciemne plamy po kulkach z paintballu. Mogłem też odczytać napis: „Pieprzyć Polski żąd!” Szkoda, że graficiarza nie wyuczyła lepiej polonistka. Robiąc krok w zarośla, kopnąłem w pustą butelkę po taniej wódce.

 – Szady, ja tu poczekam – oznajmił Błona. – Wolę zamarznąć niż umrzeć przygnieciony gruzem. Chcesz zobaczyć szopę, nie ma problemu. Ale ja tu zostaję.

Przysiadł na pieńku. Przez chwilę patrzyłem, jak pociera nogi, ale w końcu ruszyłem do szopy. Skrywała dużo wspomnień. Nie doszedłem jednak daleko, bo zatrzymał mnie utwór Bruises Unloco z telefonu Błony.

  – To grupa trzecia – stwierdził i odebrał na głośnomówiącym. – Co jest?

  – Podejrzany nam uciekł! Powtarzam, podejrzany uciekł!

Błona spojrzał na mnie ze ściągniętymi brwiami. Mi także nie chciało się dłużej biegać. Marzyłem o gorącej kąpieli.

 – Podejrzany porzucił fanty i rower! – krzyczał dalej lider grupy trzeciej. – Porusza się piechotą. Jak na takie cielsko, skubaniec szybko biega! – Zatrzeszczało w słuchawce od jego sapania. – Cholera! Chyba go zgubiliśmy.

Miałem zamiar się odezwać, kiedy pociągnął wątek:

 – Nie! Jest, znalazłem go! Biegnie na wschód! Szady, Błona, podejrzany biegnie w waszą stronę! – I tyle, jeśli chodzi o nieużywanie nazwisk podczas łapanek.

 – Czekamy w pogotowiu – odpowiedział Błona i zmarszczył nos.

 – Jak przyjdzie nam walczyć, to zostaw to mi, jasne? Nie mam zamiaru jeszcze ciebie reanimować w… – nie dokończyłem, bo z lasu wybiegła czarna postać z latarką. – Cholera. Zostań tu.

Pobiegłem skulony do szopy, uważając na porozrzucane śmieci. Podejrzany zniknął mi z oczu. Przywarłem do ściany i wstrzymałem oddech. Sprawdziłem, czy mam broń przy pasku, ale jeszcze jej nie wyciągnąłem. Odczekałem kilka sekund i najciszej jak umiałem – doszedłem do drzwi. Zajrzałem przez szparę. Niczego nie zauważyłem. Przykucnąłem.

 Już chciałem powtórzyć czynność, gdy z wnętrza szopy usłyszałem ostre przekleństwa. Podejrzany tam był. Sięgnąłem do kabury, powoli wyciągnąłem walthera. Raz. Dwa…

Bruises wyrwało mnie z rytmu. Zdążyłem sięgnąć do kieszeni kurtki, zanim zdałem sobie sprawę, że to nie ja narobiłem hałasu. Błona stał na rogu szopy i wyłączał dzwonek. Czemu wcześniej nie wyciszył telefonu?!

 Zatrzeszczały drzwiczki.

– Błona, biegnij, z tamtej strony! Biegnij, już!!!

Schowałem walthera, gdyż pościgi z bronią w ręce za często kończyły się niekontrolowanym wystrzałem, i wbiegłem do szopy z włączoną latarką. Cudem ominąłem zwisającą z sufitu deskę. Mgła na polanie nie pomagała w gonitwie, była gęstsza niż wcześniej. Na szczęście podejrzany nie wyłączył swojej latarki. Pobiegłem za nim, nie oglądając się za Błoną, który spieprzył akcję.

Dobrze, że w genach otrzymałem wysoki wzrost. W podstawówce nie lubiłem być wysoki, za bardzo się wyróżniałem chudymi nogami, ale z czasem kompleks zamieniłem w zaletę – wyrzeźbiłem mięśnie i nauczyłem się sprawnie biegać. Wbiegłem w las, przeskoczyłem przez strumyk, ominąłem powalone drzewa i obiegłem bagno, w które wpadł podejrzany. Kiedy taplał się w mieliźnie, próbując z niej wyjść, zmniejszyłem dzielącą nas odległość.

 – Buli, przestań uciekać! Już po wszystkim! Jesteś zatrzymany!

W momencie gdy odzyskiwał grunt pod nogami, zagrodziłem mu drogę. Zamachnął się, ale się uchyliłem i uderzyłem go sierpowym w okolicę przepony. Buli walczył o oddech z szeroko otwartymi oczami. Sięgnąłem za pas po kajdanki, ale ich nie miałem – musiałem zostawić je w aucie. Błony też nigdzie nie widziałem.

Buli odzyskał oddech szybciej niż zakładałem. Rzucił się na mnie swoim cielskiem. Starałem się wykorzystać jego własną siłę i przerzucić go za siebie, ale przez błoto na jego ubraniach – wyślizgnął mi się. Chwycił mnie w okolicy ud – trafiłem go łokciem w kark, ale i tak mnie przewrócił. Upadłem na plecy, wystający korzeń cisnął mi się pomiędzy łopatki. Buli usiadł okrakiem na moim brzuchu. Nie miałem czasu, żeby się nad sobą użalać. Zasłaniałem twarz przed pięściami, które uderzały w moje przedramiona jak młot pneumatyczny w asfalt.

Zamknąłem oczy i liczyłem. Znalazłem moment, w którym ciosy Buliego zwolniły. Wykorzystałem to i uderzyłem go dwa razy w nos. Coś chrupnęło, ale nie byłem pewien, czy to przypadkiem nie moje kości. Po tych ciosach głowa Buliego odskoczyła, więc złapałem go w okolicy torsu i rzuciłem na bok. Zaczęliśmy się szarpać. Podejrzany ważył co najmniej sto dwadzieścia kilogramów – ciężko dyszał, ale uderzenia miał mocne. Wyczułem to, gdy walnął mnie w żebra.

Sprzedałem mu kolejne ciosy – tym razem w skroń, nie zważając na ból kostek u rąk. Trochę go ogłuszyłem, dzięki czemu zyskałem na czasie. Odwróciłem podejrzanego na bok i złapałem za gardło. Zastosowałem dźwignię. Tłuścioch – mimo że blokowałem mu dostęp do tlenu – zaczął się miotać. Trafiał mnie łokciami, gdzie popadnie.

 – Dobra, Szady, puść go! – krzyknął Błona z pistoletem przygotowanym do strzału. – Szady! Mamy go! Szady, bo go udusisz!

Poluzowałem ucisk. Podejrzany zachłysnął się powietrzem. Wiedziałem, że z duszeniem trzeba uważać, jednak nie mogłem przestać. To był naprawdę długi i ciężki dzień.

Błona podał mi kajdanki, skułem Buliemu ręce za plecami. Dla jego bezpieczeństwa, nie swojego.

 – Gdzieś ty był, do cholery?!

 – Wypieprzyłem się przy strumyku i straciłem orientację. Nie biegam tak jak ty. – Błona zadzwonił do dyżurnego na głośnomówiącym. – Koniec akcji, zatrzymaliśmy podejrzanego.

 Dźwignąłem się z klęczek, aby otrzepać się z trawy, błota i piasku. Część bardziej rozmazywałem po spodniach.

 – Przekażcie podejrzanego najbliższej grupie i udajcie się na miejsce zdarzenia do Szelewa – odpowiedział dyżurny. – Oddzwońcie z samochodu.
Akcja Poznaj Autora - Daria Skiba

Akcja Poznaj Autora - Daria Skiba


Imię i nazwisko: Daria Skiba 

1. Jaka jest Twoja ulubiona książka/książki (maksymalnie trzy)?

Nie mam jednej ulubionej książki, ani trzech ;) Zaczytuję się w wielu tytułach, zarówno polskich, jak i zagranicznych. Uwielbiam książki Philippy Gregory, Nicholasa Sparksa, Lisy Scottoline, Małgorzaty Falkowskie, K.B. Miszczuk, Sylwii Trojanowskiej, Alka Rogozińskiego i wielu, wielu innych.

2. A ulubiona piosenka?

Podobnie jak z książkami – nie mam ulubionej. Mam za to wiele takich, które bardzo lubię i kojarzą mi się z różnymi sytuacjami. Kilka z ulubionych tytułów można znaleźć w moich książkach :) 

3. Jakie jest Twoje najpiękniejsze wspomnienie?

Pierwsze spotkanie z moją córeczką. To uczucie, kiedy po raz pierwszy wzięłam ją w ramiona. Nie da się tego opisać.

4. Kim jest osoba, która najbardziej Cię inspiruje?

Nie posiadam autorytetu, którym bym się inspirowała pod każdym względem. Jestem typem obserwatora, lubię wyciągać wnioski i czerpać inspiracje z każdego, kto mnie otacza.

5. Jak zaczęła się Twoja przygoda z książkami, zarówno czytaniem, jak i pisaniem?

Z czytaniem? Nie pamiętam (śmiech). Czytam od kiedy pamiętam. Zawsze byłam „inna”. Lubiłam spędzać wakacje z książką w ręce na ławce przed blokiem lub ferie pod kocem, jednak również z książką.

A z pisaniem? Zrodziła się w mojej głowie pewna historia, którą chciałam napisać dla samej siebie. Żeby udowodnić sobie, że potrafię. Tak napisałam Uwolnij mnie, które stało się moim debiutem.

6. Czy wydarzenia, które wydarzyły się w Twoim życiu wpływają na to o czym piszesz?

Z całą pewnością. Każde wydarzenie z naszego życia wpływa na nas i nas kształtuje. Może właśnie dzięki temu lubię pisać na trudne tematy. Poruszać wątki, które wywołują emocje i pokazywać je od innej strony niż zazwyczaj jest to robione.

7. Gdybyś mogła zamieszkać w dowolnym miejscu na Ziemi – gdzie by to było?

Chciałabym mieć dwa swoje miejsca: jedno w ukochanej Polsce i jedno w ciepłym kraju, żebym mogła się od czasu do czasu zagrzać ;)

8. Gdybyś miała milion złotych, co byś z nim zrobiła?

Wróciłabym do Polski, a resztę odłożyłabym, żeby zapewnić córce jakąś stabilizację.

9. Skoro życie jest takie krótkie, dlaczego nie robimy tylu rzeczy, które lubimy?

Nie wiem, ja robię to co lubię ;) Warto walczyć o własne marzenia i pragnienia. Nikt za nas tego nie zrobi.

10. Co robisz, gdy nikt nie patrzy? (To pytanie ma charakter typowo humorystyczny)

Piszę (śmiech). Zazwyczaj to robię, gdy jestem sama ;)

Bardzo dziękuję za możliwość „przepytania” Cię. Mam nadzieję, że pytania nie były problemowe.
Życzę wszystkiego dobrego!

Również pięknie dziękuję <3 
Tracey Garvis Graves - dziewczyna, którą znał -  Wydawnictwo NieZwykłe - Receznja Patronacka Przedpremierowa

Tracey Garvis Graves - dziewczyna, którą znał - Wydawnictwo NieZwykłe - Receznja Patronacka Przedpremierowa

„Przez całe życie czekałam na kogoś, przy kim mogłabym być sobą. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłam być kimś takim dla innej osoby.”
Annika jest osobą, która nie najlepiej czuje się w obecności ludzi, bo po prostu ich nie rozumie. Zachowania poszczególnych osób są dla niej jak czarna magia, są nadzwyczaj skomplikowane. Dlatego stworzyła sobie swój własny azyl, zamknęła się w takiej bance mydlanej. A do szczęścia było jej potrzeba dobra książka i szachy, uwielbiała grać to właśnie jej dało osobę, którą potrzebowała, a nie była nawet tego świadoma. Bohaterka bardzo przypomina mi w jakimś małym stopniu mnie też stronie od ludzi wolę siedzieć w swoim zaciszu niż wychodzić. Mimo to przełamuje lody tak jak nasza bohaterka.

Jonathan jest to chłopak o złotym sercu od dnia kiedy dołączył do klubu szachowego i zagrał pierwszą partię z Anniką, wiedział że odda serce tej nieporadnej i nieśmiałej, ale bystrej i pięknej dziewczynie.

Jedna nieprzewidziana tragedia, które rozdziela tych dwoje zmusza ich do kroczenia przez życie oddzielnie.
Jednak po dziesięciu latach los stawia ich ponownie na swojej drodze. Pożądanie i silne uczucie, które ich łączyło, powraca z jeszcze większą siłą. Jednak żeby mogli dać sobie drugą szansę muszą przede wszystkim sprostać czoła swoim lękom i obawą, które ich rozdzieliły.

Czy Annika i Jonathan wykorzystają swoją drugą szansę na wspólne i szczęśliwe życie?

"Masz wiele do zaoferowania, Anniko. Jesteś uczciwa i lojalna. Nie wszyscy to doceniają. Są ludzie, którzy i tak cię nie polubią. Życie dla nikogo nie jest łatwe. Wszyscy stajemy przed wyzwaniami, zmagamy się z przeciwnościami. To, jak je przezwyciężamy, czyni nas tymi, kim jesteśmy. "

dziewczyna, którą znał to przepiękna historia o sile miłości, dawaniu drugich szans i o pokonywaniu własnych słabości. Pokazuje nam jak wiele jesteśmy zrobić dla osoby, którą kochamy.
Jest to książka, która nie jest banalna ona intryguje od pierwszej do ostatniej strony. A zakończenie muszę się zgodzić z Colleen Hoover wbije was w fotele, przynajmniej ze mną tak było. Ostatnie pięćdziesiąt stron mnie powaliło i nie spodziewałam się takiej akcji.

"Nie wiedziałam, czy jej życzliwość była szczera. Nadal się z tym borykam, ponieważ nauczyłam się już, że czasami ludzie są mili tylko dlatego, że czegoś chcą." 

Musicie przeczytać tę książkę i to koniecznie. Tak pięknej książki nie czytałam dawno, będę do niej wracać bo w jakimś stopniu utożsamiam się z główną bohaterką.
Jest napisana w bardzo przemyślany i dobry sposób, autorka podzieliła nam książkę na wspomnienia, czyli piękną rozkwitającą miłość za czasów studiów i część gdzie spotkają się ponownie po dziesięciu latach żeby znów zawalczyć o siebie. Polecam wam tę książkę, która mnie bardzo zaskoczyła. Okładka jest prześliczna, ale wnętrze jeszcze piękniejsze.


Dziękuję wydawnictwu za możliwość objęcia patronatem tę cudowną książkę 


Helen Hoang - Więcej niż pocałunek -  Wydawnictwo MUZA SA - Recenzja

Helen Hoang - Więcej niż pocałunek - Wydawnictwo MUZA SA - Recenzja

"Michael był jak lody miętowe z kawałkami czekolady. Mogła spróbować innych smaków, ale ten konkretny był jej ulubionym."

Stella jest nietypową kobietą ma swoje dziwactwa, które dodają jej uroku. Inteligentna, zabawna uważa, że świat powinien rządzić się jedynie prawami logiki. Tworzenie algorytmów wydaje jej się zdecydowanie prostsze niż relacje z mężczyznami. Tu właśnie pojawia się jej problem. Bardzo by chciała się w końcu przełamać więc postanowiła wynająć mężczyznę do towarzystwa i tak poznaje atrakcyjnego Michaela.

Ich plan lekcji, który wspólnie realizują, wychodzi znacznie poza całowanie. Ich biznesowy układ szybko zmienia swój charakter. Stella odkrywa, że w życiu najbardziej liczy się to, co wymyka się równaniom matematycznym.

Jednak czy ich uczucie, które się pomiędzy nimi rodzi przetrwa?
Czy ich obawy jakie mają w sobie będą silniejsze od tego co naprawdę czują?

"Nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale w gruncie rzeczy czuła się naga w środku. Jeśli spojrzałby jej w oczy, dowiedziałby się o niej wszystkiego i poznałabykażdy zakamarek jej duszy."

Więcej niż pocałunek to przepiękna historia o dwójce ludzi, którzy mają swoje problemy, ale kiedy stają na swojej drodze, to są dla siebie oparciem i potrzebują siebie nawzajem.

Książka jest napisana bardzo lekko i płynnie, ja czytając delektowałam się każdym słowem. Były momenty kiedy na mojej twarzy pojawiał się ogromny uśmiech, po czym pojawiły się łzy wzruszenia (taka ze mnie miękka klucha). Opowieść ta nie tylko daje nam dużo emocji, ale także uczy i porusza bardzo ważne tematy. Pokazuje nam, że choroba nie zawsze musi być odbierana przez pryzmat czegoś złego. Zespół Aspergera, którym boryka się nasza główna bohaterka, to choroba, która na pierwszy rzut oka nie jest widoczna. Można z tym żyć, a nawet nie być tego świadomym tak do końca. Autorka bardzo ładny sposób przybliżyła nam problemy z jakimi się borykają ludzie z taką chorobą i stworzyła przepiękną historię o miłości niczym jak sama wspomniała z filmu Pratty Woman.

Ja bardzo gorąco polecam wam tę książkę. Lekka i świeża, dawno nie czytałam tak dobrej książki. Jest inna od tych wszystkich oklepanych romansów, wyróżnia się spośród tłumu. Idealna na wakacje.


Dziękuję za egzemplarz wydawnictwu 


Akcja Poznaj Autora - Krzysztof T. Dąbrowski

Akcja Poznaj Autora - Krzysztof T. Dąbrowski


Imię i nazwisko:  Krzysztof T. Dąbrowski  

1. Jaka jest Twoja ulubiona książka/książki (maksymalnie trzy)?

Moją ulubioną książką jest księga życia, której karty zapisywane są od dnia narodzin. Życie kreśli czasami tak zaskakujące i dziwne historie, że często stanowi dla pisarzy i scenarzystów niedościgniony wzór. Ale pewnie nie o taką odpowiedź chodziło, więc schodząc na Ziemię i przechodząc do konkretów - na pewno "Ubik" Phlipa K. Dicka. Od chwili, gdy tamta książka wpadła mi w ręce, mogę podzielić moje życie na to 'sprzed "Ubika" i po'. Od tej pory zaczęła się moja przygoda z twórczością tego pisarza i samą fantastyką. Czasami trochę żałuję, że pierwsze spotkanie z tym autorem zaczęło się dla mnie, od jego - w moim mniemaniu - najlepszej książki. Owszem, kolejne wciągały, intrygowały i nie pozwalały się oderwać od siebie, ale z drugiej strony, już żadna z jego książek nie pochłonęła mnie do tego stopnia, co "Ubik". Trochę lepiej zaczęła się dla mnie przygoda z twórczością Stephena Kinga - zanim dotarłem do mojej ulubionej książki tego autora, którą jest "TO", przeczytałem wiele innych. A gdy myślałem, że już mnie nic nie zaskoczy, dane mi było zanurzyć się w najlepszą historię o dorastaniu i przyjaźni, jaką do tej pory miałem okazję poznać. Choć z drugiej strony, przy Kingu mam trochę problem, bo na równi z "TO", stawiam też "Dallas 63" i często te tytuły biją się w moim osobistym rankingu o palmę pierwszeństwa. Trzecia z ulubionych książek, to "Gdy oślica ujrzała anioła", którą napisał Nick Cave. Chyba nie zdarzyło mi się czytać bardziej mrocznej i pokręconej książki. Tak chyba pisałby Marquez, gdyby cierpiał na ciężką depresję. Osobiście zawsze mam problem z wybieraniem ulubionych książek, piosenek i filmów - zbyt dużo rzeczy mi się podoba, zachwyca, i naprawdę ciężko jest wybrać coś, kosztem czegoś innego.

2. A ulubiona piosenka?

Szum morza stworzony przez Matkę Naturę. Nie ma dla mnie nic bardziej kojącego, niż wsłuchiwanie się w ten hipnotycznie powtarzający się dźwięk, gdy leżę z zamkniętymi oczyma na plaży pozwalając się przyjemnie grzać promieniom słońca. Ogólnie, coraz bardziej lubię się wsłuchiwać w dźwięki natury. Mam wrażenie, że są do nas idealnie dostrojone, stworzone właśnie po to, by regenerować nasze skołatane nerwy. A zwłaszcza w tych trudnych czasach, gdy wszyscy zatracili się w szalonym pędzie za życiowymi sukcesami i rozwojem kariery. Ale wiem, miało być o muzyce - znowu czas zejść na Ziemię. Wybór ulubionej piosenki jest po prostu niemożliwy z prostego powodu - jest mnóstwo zachwycających utworów, które równie mocno porywają wywołując uniesienie i przyjemne dreszcze na plecach. Jest zbyt wiele gatunków muzycznych, które lubię, od muzyki filmowej, przez pop, po cięższe odmiany metalu, i w każdym z nich są kawałki, które na różne sposoby powalają mnie na łopatki, pozytywnie nokautują. Zresztą, większość z ludzi jest z natury zmienna i jednego dnia ma nastrój na coś wesołego, innym razem chcą się zadumać, a kiedy indziej po prostu wyskakać, wyszaleć przy czymś prostym i dodającym energii - i ja też tak mam. Nie lubię się ograniczać. Inna sprawa, że upodobania też potrafią się zmieniać wraz z upływem lat - u siebie widzę to chociażby na przykładzie muzyki rockowej, gdzie w wieku 14 lat zachwyciłem się Iron Maiden i Metallicą, potem usłyszałem "Cryin" Aerosmith i ostro skręciłem w kierunku hard rocka, by po usłyszeniu "Smells like teen spirit" odlecieć na punkcie Nirvany i grunge, co z drugiej strony wcale nie oznaczało, że przestałem uwielbiać Ironów, Metallicę czy Aerosmith. Parę lat później, gdy już myślałem, że nic świeżego się w muzyce gitarowej nie wydarzy, pojawił się System of the Down i znowu miałem kolejny ulubiony zespół do kolekcji. A ostatnio sytuacja powtórzyła się z grupą Ghost - kiedy już myślałem, że SOAD było ostatnim zespołem, który może tak bardzo namieszać w tym gatunku, pojawili się oni i znowu musiałem zbierać szczękę z podłogi. Naprawdę ciężko wybrać ten jeden, jedyny ulubiony utwór, pomyślałem więc, że ugryzę temat od strony sentymentalnej - gdy byłem paroletnim brzdącem, usłyszałem w radiu piosenkę Urszuli "Dmuchawce, latawce, wiatr" i to był pierwszy utwór, który mnie totalnie zachwycił. Potem było jeszcze wiele takich olśnień, ale to właśnie od tej piosenki zaczęła się moja przygoda ze światem muzyki. I to przy tych dźwiękach mam najbardziej pozytywne skojarzenia, które wędrują wprost do czasów niekończącej się sielanki, jaką było szczęśliwe dzieciństwo. Czas beztroski, niekończącej się ciekawości świata, gdy co i rusz coś zaskakiwało i intrygowało. Czas, kiedy świat wydawał się być przyjemnym i bezpiecznym miejscem, a co do innych ludzi nie wiedziałem jeszcze tego, że wielu z nich ma w sobie naturę potwora. A przede wszystkim był to czas niekończącego się optymizmu, kiedy wydawało się, że nie ma rzeczy niemożliwych.

3. Jakie jest Twoje najpiękniejsze wspomnienie?

I znowu dzieciństwo, i czas, kiedy życie zdawało się oazą spokoju i szczęścia. Nie mam jakiegoś konkretnego wspomnienia z tamtych czasów - cały ten okres mojego życia był dla mnie wspaniały i chciałbym umieć przenieść tę beztroskę i optymizm do chwili obecnej. Cały czas nad tym pracuję i mam wrażenie, że jestem na dobrej drodze, robiąc to, co lubię najbardziej - realizując marzenia i wyznaczając sobie cele, których realizacja ma sprawić, że życie będzie przyjemniejsze. 

4. Kim jest osoba, która najbardziej Cię inspiruje?

Wiele jest takich osób. Najczęściej są to ludzie, którzy mimo koszmarnie niesprzyjającej sytuacji życiowej, i wielu przeszkód, potrafili, kiedy trzeba, zacisnąć zęby i wierząc, że nie ma rzeczy niemożliwych, realizowali swe marzenia. Sam mam naturę wojownika, który niezależnie od tego, jak bardzo go życie sprowadzi do parteru i sponiewiera, podnosi się, otrzepuje i dalej walczy o marzenia. Wiele razy słyszałem, że coś jest niemożliwe, bo to, bo tamto, i wiele razy udowadniałem niedowiarkom, że są w błędzie i krzywdzą samych siebie stawiając przed sobą ograniczenia. Mnie inspirują ci, dla których słowo ‘niemożliwe’ nie istnieje. 

5. Jak zaczęła się Twoja przygoda z książkami, zarówno czytaniem, jak i pisaniem?


Przez wiele lat szukałem swojej drogi – czegoś, do czego mam predyspozycje i w czym byłbym dobry. Z mizernym skutkiem próbowałem nauczyć się grać na paru instrumentach. Przez chwilę śpiewałem w zespole rockowym, ale że po każdej próbie ledwie mogłem mówić, to musiałem sobie to darować. Studiowałem też reżyserię marząc o kręceniu filmów. Przez chwilę uczyłem się też na operatora kamery. Próbowałem fotografii. I kiedy już myślałem, że jest naprawdę kiepsko, jeśli chodzi o talenty artystyczne, to nagle przypomniało mi się jak w podstawówce polonistka zachwycała się moimi wypracowaniami i twierdziła, że mam lekkie pióro. Postanowiłem spróbować z pisaniem i to był strzał w dziesiątkę.

A jeśli chodzi o czytanie, to było to skutkiem ubocznym tego, że szkoła potwornie mnie nudziła, więc dla zabicia czasu siadałem w ostatniej ławce i trzymając książkę poniżej blatu ławki, zaczytywałem się pulpowymi horrorami. A ponieważ miałem długie włosy, a czytając zawsze siedziałem ze spuszczoną głową, nauczyciele dość szybko zaczęli podejrzewać, że mam depresję. 

6. Czy wydarzenia, które wydarzyły się w Twoim życiu wpływają na to o czym piszesz?

Twórczość jest sumą wszystkiego, czego się w życiu doświadczyło, każdej przeczytanej książki, odbytej rozmowy, wysłuchanej piosenki, każdego zdarzenia. Wszystko to magazynuje się w naszej podświadomości. A nawet wtedy, gdy o czymś już nie pamiętamy, to wszystko wciąż w nas tkwi i  wpływa potem na nas na wielu różnych polach w życiu, w tym też w twórczości. Stajemy się tym, czego w życiu doświadczyliśmy i co zostało przefiltrowane przez naszą osobowość - wypadkową wszystkich zdarzeń. Zatem twórczość jest sumą doświadczeń tworzącego. 

7. Gdybyś mogła zamieszkać w dowolnym miejscu na Ziemi – gdzie by to było?

Gdzieś blisko plaży, w którymś z tropikalnych rajów. Oczywiście z ukochaną żoną przy boku. 

8. Gdybyś miał milion złotych, co byś z nim zrobił?

10% z tej kwoty przekazałbym też na cele charytatywne. Resztę zainwestowałbym w kilka kawalerek i zaczął je wynajmować. Mając taki stały dopływ gotówki, kupiłbym chatkę w jakimś pięknym zakątku, w jednym tanich tropikalnych krajów. I żyłbym jako rentier z ukochaną u boku, pisząc książki, scenariusze i ciesząc się codziennie słońcem, szumem morza, i tym, że już nic nie muszę, że mogę robić tylko to, co chcę i kiedy chcę. 

9. Skoro życie jest takie krótkie, dlaczego nie robimy tylu rzeczy, które lubimy?

Paradoksalnie, chyba dlatego, że jesteśmy bardziej emocjonalni, niż chcemy to przed sobą przyznać, i najczęściej jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu pokiereszowani przez życie. Często kierując się impulsami i emocjami, zamiast logiką, dokonujemy złych wyborów, które nas potem na różne sposoby obciążają. Skutkiem tego, sami nie zauważamy kiedy, rezygnujemy z marzeń na rzecz codziennej szarpanki z życiem, oczywiście wciąż marząc o lepszym jutrze. Zbyt mało ludzi marzy też konkretnie, ma szczegółową wizję tego, czego pragnie. A już naprawdę rzadko się zdarza, by ktoś pielęgnował w sobie te marzenia. Zbyt mało ludzi ma odwagę, by wytyczać sobie w życiu cele i dążyć do nich, choćby się waliło i paliło. A życie może być piękne i można sobie wykreować szansę na to, by spędzać je w sposób przyjemny, robiąc to, co się kocha. Trzeba tylko dać sobie szansę. I w tym miejscu, często zdarza się słyszeć wymówki typu: ‘ale jak?’, ‘kiedy?’, ‘przecież jest praca’, ‘dzieci’, ‘marudny szef’, ‘nadgodziny’... Wymówek może być bez liku. Bo kiedy ludzie są już zmęczeni życiem, to maskują takimi wymówkami fakt, że nie pokierowali swoim życiem tak, jakby chcieli, i nie żyją tak, jak pragnęli. A co gorsze dopadł ich marazm i zniechęcenie, więc łatwiej znaleźć sobie wtedy wygodną wymówkę i pójść na łatwiznę. Sęk w tym, że kiedyś to życie się skończy i umierając możemy bardzo żałować, że nie podjęliśmy pewnych decyzji i nie powalczyliśmy o swoje marzenia. A tym, którzy wciąż wynajdują nowe wymówki, polecam film "Najlepszy" opowiadający autentyczną historię człowieka, który był przez kilkanaście lat narkomanem i doprowadził swoje ciało i zdrowie do ruiny. A potem zaczął marzyć i dzięki temu zerwał z nałogiem, a po kilku latach stał się mistrzem świata w podwójnym Iron-manie, kiedy to w ciągu doby przepłynął prawie osiem kilometrów, przejechał rowerem kolejnych 360, a potem jeszcze przebiegł 84 kilometry. Można? Można. Każdy jest w czymś dobry, i nawet może stać się mistrzem, tylko nie każdy potrafi to w sobie odkryć. Czasem trzeba wielu lat poszukiwań, by odkryć swoją drogę. Ale warto próbować.

10. Co robisz, gdy nikt nie patrzy? (To pytanie ma charakter typowo humorystyczny)

Lewituję. Ale pracuję również nad paroma innymi super mocami. A tak serio, to najczęściej piszę, bo akurat do tego potrzebuję samotności i spokoju.

Bardzo dziękuję za możliwość „przepytania” Cię. Mam nadzieję, że pytania nie były problemowe.
Życzę wszystkiego dobrego!
Copyright © 2014 Świat Książkowy Mali , Blogger