Tracey Garvis-Graves - Dziewczyna, którą znał -  Wydawnictwo NieZwykłe - Zapowiedz Patronacka

Tracey Garvis-Graves - Dziewczyna, którą znał - Wydawnictwo NieZwykłe - Zapowiedz Patronacka

Z wielką przyjemnością przedstawiam wam książkę, którą wzięłam pod swoje skrzydła. W tym roku, jest to mój kolejny już patronat z którego bardzo się cieszę. Dziewczyna, którą znał to druga książka autorki, która zostanie wydana tym razem przez Wydawnictwo NieZwykłe. Pierwszą była Na wyspie, która na naszym polskim rynku ukazała się dzięki Wydawnictwu Albatros. 

Tracey Garvis-Graves jest autorką bestsellerów New York Timesa, Wall Street Journal i USA Today. Jej debiutancka książka, Na wyspie, utrzymała się na liście bestsellerów New York Timesa przez dziewięć tygodni i została przetłumaczona na trzydzieści jeden języków. Jest także autorką Uncharted, Covet, Every Time I Think of You, Cherish, Heart-Shaped Hack, White-Hot Hack i Dziewczyny, którą znał. Teraz pracuje nad kolejną książką. 


„Ta urzekająca i niezwykła historia opowiada o Annice i Jonathanie, zmagających się z tym, jak przeszłość wpływa na teraźniejszość. Punkt kulminacyjny ich historii miłosnej chwyci cię za serce, sprawiając, że sięgniesz po chusteczki i będziesz wertować kolejne strony, zastanawiając się, czy spotka ich szczęśliwe zakończenie”. 
Liz Fenton i Lisa Steinke, autorki bestsellera The Good Widow


Opis; 

Annika Rose studiuje anglistykę na Uniwersytecie Illinois. Nie najlepiej się czuje w towarzystwie ludzi, a zachowania większości osób uważa za skomplikowane. Woli spędzać czas, czytając książki lub grając sama ze sobą w szachy. Jonathan Hoffman dołączył do klubu szachowego, po czym oddał swoją pierwszą partię – oraz serce – nieśmiałej i nieporadnej, ale bystrej oraz pięknej Annice. Podziwiał jej umiejętność bycia szczerą z samą sobą oraz jej dziwactwa. Zaakceptował wyzwanie związane z kontynuowaniem tej znajomości. Jonathan i Annika wydobywają z siebie nawzajem to, co najlepsze, odnajdując pokłady pewności siebie oraz odwagi, by planować wspólną przyszłość. Wynika z tego burzliwa, pełna czułości miłość, która przetrwałaby wszystko prócz nieprzewidzianej tragedii, która ich rozdziela, zmuszając, aby samotnie szli przez życie.


Teraz, po dziesięciu latach, zrządzeniem losu Annika i Jonathan spotykają się ponownie w Chicago. Ona prowadzi życie, jakiego chciała – została bibliotekarką. On jest debeściakiem z Wall Street otrząsającym się po rozwodzie i chcącym zacząć wszystko od nowa. Pożądanie oraz silne uczucia, które niegdyś do siebie żywili, natychmiast odżywają. Jednak jeśli nie zmierzą się z obawami oraz lękami, które ich rozdzieliły, druga szansa przepadnie, zanim tak naprawdę się rozpocznie.


Na zachętę mam dla was pierwszy rozdział; 


Annika

CHICAGO 
Sierpień 2001

Ze wszystkich miejsc, w których mogłam na niego wpaść, los wybrał właśnie Dominick's. Kręcę się przy lodówkach, szukając truskawek do porannego smoothie, gdy nagle gdzieś po mojej prawej stronie słyszę niepewnie brzmiący męski głos.
– Annika?
Kątem oka dostrzegam wyraz jego twarzy. Chociaż minęło dziesięć lat, od kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, a ja często nie rozpoznaję ludzi, gdy się ich nie spodziewam, tym razem nie mam wątpliwości. Wiem, że to jest on. Czuję nadchodzące drżenie, jakby ciche dudnienie odległego pociągu, i jestem wdzięczna za zimny powiew od strony lodówek, jako że temperatura mojego ciała nagle podskoczyła. Mam ochotę zapomnieć o truskawkach i skierować się prosto do wyjścia. Wciąż jednak w mojej głowie niczym mantra pobrzmiewają słowa Tiny: „Nie uciekaj od odpowiedzialności. Bądź sobą”.
Biorę nierówny oddech, który ledwie dociera do moich płuc, po czym odwracam się w jego stronę.
– Cześć, Jonathan.
– To naprawdę ty – mówi.
Uśmiecham się.
– Tak. 
Moje włosy, niegdyś długie do pasa i zazwyczaj „wołające szczotkę”, teraz proste i lśniące, ledwie sięgają mi do ramion. Dopasowana bluzka oraz obcisłe spodnie, które mam na sobie, bardzo różnią się od mojej garderoby z czasów college'u, składającej się głównie z sukienek oraz spódnic o dwa numery za dużych. To ta odmiana prawdopodobnie tak go uderzyła.
On natomiast, mimo swoich trzydziestu dwóch lat, wciąż wygląda dla mnie tak samo: ciemne włosy, niebieskie oczy, szerokie ramiona pływaka. Nie uśmiecha się, lecz jego brwi nie są zmarszczone. Chociaż znacznie poprawiłam swoją umiejętność odczytywania ludzkich emocji i innych niewerbalnych znaków, nie potrafię stwierdzić, czy jest zły albo czy czuje się zraniony. Ma prawo i do jednego, i do drugiego.
Postępujemy krok do przodu, by się uściskać, ponieważ nawet ja zdaję sobie sprawę z tego, że po tak długim czasie – i po tym wszystkim, co razem przeszliśmy – po prostu tak wypada. Gdy tylko mnie obejmuje, nagle czuję się bezpieczna. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Zapach chloru, który kiedyś na stałe przylegał do jego skóry, zniknął zastąpiony aromatem lasu, na szczęście nie tak ciężkim ani mdlącym.
Nie mam pojęcia, dlaczego przyjechał do Chicago. Prestiżowa firma z Nowego Jorku świadcząca usługi finansowe zgarnęła Jonathana z Illinois, zanim jeszcze atrament zdążył wyschnąć na jego dyplomie, gdy to, co kiedyś było planami dla dwojga, zmieniło się w karierę solową.
Odsuwamy się od siebie. 
– Byłam pewna, że mieszkasz… Jesteś tu w sprawach biznesowych? – Potykam się o własne słowa.
– Już ponad pięć lat temu przeniosłem się do biura w Chicago – mówi. 
To niesamowite, że przez cały ten czas, kiedy poruszałam się po mieście, które teraz nazywam domem, nigdy nie przypuszczałam, że moglibyśmy na siebie wpaść, że w ogóle istnieje taka możliwość. Ile razy byliśmy oddaleni od siebie zaledwie o mile, w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy? Jak często był tuż za mną lub przede mną na zatłoczonym chodniku? A może jedliśmy kiedyś w tej samej restauracji?
– Moja mama potrzebowała kogoś, kto będzie nadzorował jej opiekę – wyjaśnia.
Jego mamę spotkałam co prawda tylko raz, ale to wystarczyło, bym polubiła ją jak własną. Miło było zobaczyć, po kim Jonathan odziedziczył dobroć.
– Pozdrów ją ode mnie.
– Zmarła kilka lat temu. Demencja. Lekarz mówił, że prawdopodobnie cierpiała na nią już od dawna.
– Nazywała mnie Katherine i zawsze gubiła gdzieś klucze – mówię, ponieważ doskonale to pamiętam. Teraz jej zachowanie nabiera sensu.
Reaguje krótkim skinieniem głowy.
– Pracujesz w śródmieściu? – pyta.
Zamykam drzwi lodówki, trochę zażenowana tym, że zostawiłam je otwarte przez cały ten czas.
– Tak, w bibliotece imienia Harolda Waszyngtona.
Na jego twarzy po raz pierwszy gości uśmiech.
– Całkiem nieźle.
Panuje niezręczne milczenie. Jonathan zawsze brał na siebie prowadzenie rozmowy, ale tym razem mi nie odpuszcza. Cisza staje się ogłuszająca.
– Miło było cię spotkać – wypalam. Mój głos wydaje się bardziej piskliwy niż zazwyczaj. Czuję ciepło na twarzy i żałuję, że jednak nie zostawiłam otwartych drzwi lodówki.
– Ciebie również.
Kiedy odwraca się, by odejść, uczucie tęsknoty uderza we mnie tak mocno, że uginają się pode mną kolana. Zbieram się na odwagę.
– Jonathan?
Kiedy odwraca się w moją stronę, dostrzegam lekko uniesione brwi.
– Tak?
– Miałbyś ochotę czasem gdzieś wyskoczyć? – Czuję napięcie, gdy powracają wspomnienia. Mówię sobie, że to niesprawiedliwe w stosunku do niego, już dość zrobiłam.
Waha się przez chwilę.
– Jasne, Anniko. – Wyciąga długopis z wewnętrznej kieszeni płaszcza, a następnie sięga po kartkę z listą zakupów, którą trzymam w ręku. Na tylnej stronie zapisuje numer telefonu.
– Niedługo zadzwonię – obiecuję.
Kiwa głową z obojętnym wyrazem twarzy. Prawdopodobnie myśli, że tego nie zrobię. Nie winię go za to.
Ale zadzwonię. I przeproszę. Zapytam, czy moglibyśmy zacząć od nowa. Czyste konto, tak mu powiem.
Pragnę zastąpić jego wspomnienia o dziewczynie, którą znał, całkiem nowymi – o kobiecie, którą się stałam. 

Recenzję możecie przeczytać tutaj --> dziewczyna, którą znał 
Akcja Poznaj Autora - Camille Gale

Akcja Poznaj Autora - Camille Gale


Imię i nazwisko: Camille Gale

1. Jaka jest Twoja ulubiona książka/książki (maksymalnie trzy)?


Trudno wybrać tę jedną jedyną (czy nawet trzy), ale po głębszym zastanowieniu się muszę wskazać na „Wielkiego Gatsby’ego”. Dla mnie ta książka jest ponadczasową opowieścią o ludzkiej naturze, a do tego jest świetna warsztatowo. Polecam ją każdemu. 

Kocham też książki, które wyszły spod pióra Patricii Briggs a swego czasu zaczytywałam się również w powieściach Johna Irvinga. Jak widać przekrój gatunkowy dość spory :) 

2. A ulubiona piosenka?

Mam mnóstwo ulubionych piosenek! Bardzo trudno wybrać jedną, ale jeśli muszę się zdecydować, to powiem, że jest to „Name” zespołu Goo Goo Dolls. Nie tylko linia melodyczna tej piosenki jest cudowna, również tekst wbija mnie w fotel. Piosenka ma już swoje lata, ale do dziś darzę Goo Goo Dolls sentymentem, choć nie słucham ich już na co dzień. 
Muzyka odgrywa bardzo dużą rolę w moim życiu i bardzo często można zobaczyć mnie z słuchawkami na uszach. Czytnik i odtwarzacz mp3 zawsze mam przy sobie! Mój ulubiony gatunek to rock, ale nie ograniczam się tylko do niego i słucham naprawdę różnorodnej muzyki. Fascynują mnie muzycy, niektórzy do tego stopnia, że wygląd jednego z bohaterów „Indygo” wzorowany jest właśnie na jednym z moich muzycznych ulubieńców :) 

3. Jakie jest Twoje najpiękniejsze wspomnienie?

Bardzo trudne pytanie. Nie potrafię ograniczyć się tylko do jednego wspomnienia. Do tych najpiękniejszych zaliczyłabym swój ślub, narodziny dzieci i trzymanie w rękach po raz pierwszy swojej książki.

4. Kim jest osoba, która najbardziej Cię inspiruje?

Nie mam takiej osoby, ale z podziwem patrzę na ludzi, którzy nie boją się zawalczyć o siebie i swoje marzenia.

5. Jak zaczęła się Twoja przygoda z książkami, zarówno czytaniem, jak i pisaniem?

Czytam, odkąd pamiętam, ale dopiero w dorosłym życiu odkryłam, że jest to coś, co kocham. Wcześniej czytanie lektur (a byłam pod tym względem dość obowiązkowa) skutecznie zniechęcało mnie do sięgania po inne pozycje. Nałogowo czytam od kilku lat.
Z pisaniem było chyba niestandardowo. Pewnego dnia stwierdziłam, że czegoś mi brakuje i powinnam znaleźć sobie hobby (inne niż czytanie ;) ). Myślałam nad tym kilka dni, odrzucając różne pomysły i w końcu za namową męża postanowiłam spróbować coś napisać. Początkowo chciałam sprawdzić jedynie, czy będę w stanie „wyprodukować” chociaż dziesięć stron. Okazało się, że nie tylko napisałam te dziesięć stron, ale i ponad trzysta kolejnych. Cała historia wylała się ze mnie, tak jakby czekała gdzieś w środku przez lata, by móc w końcu ujrzeć światło dzienne. Pisząc świetnie się bawiłam i dość szybko stwierdziłam, że to jest to, co kocham robić. W tym miejscu bardzo chciałabym podziękować mojemu mężowi, który od początku wiedział chyba lepiej niż ja, że pisanie okaże się moją miłością i nie tylko zachęcał mnie do pisania, ale również nieustannie we mnie wierzy i motywuje do działania.

6. Czy wydarzenia, które wydarzyły się w Twoim życiu wpływają na to o czym piszesz?


W pewnym stopniu czerpię inspiracje z własnego życia. Nie są to całe sceny czy postaci, ale takie drobne „smaczki”. Przykładowo Skye, główna bohaterka „Indygo”, w pewnym stopniu przypomina mnie – podobnie jak ona ja również nie do końca w siebie wierzę. Niektórzy z moich bohaterów mają pewne cechy doskonale mi znane i zaobserwowane u innych, ale nie są w całości wzorowani na nikim konkretnym z mojego życia. 
Fakt, że piszę o istotach fantastycznych, trochę ogranicza mi pole manewru, jeśli chodzi o korzystanie z własnych doświadczeń. A szkoda, marzy mi się poznać wilkołaka! ;) 

7. Gdybyś mogła zamieszkać w dowolnym miejscu na Ziemi – gdzie by to było?

Gdzieś nad morzem, bo morze po prostu kocham! Do dziś pamiętam, jak pierwszy raz je ujrzałam jako mała dziewczynka. To była miłość od pierwszego wejrzenia i trwa ona do dzisiaj.
Nie będę zbyt oryginalna, gdy powiem, że marzy mi się Kalifornia. Jednak mając okazję właśnie tam się przeprowadzić, nie zrobiłam tego. Myślę, że za bardzo tęskniłabym za Polską i rodziną. Być może kiedyś przeprowadzę się nad nasze polskie morze.

8. Gdybyś miała milion złotych, co byś z nim zrobiła?

Po pierwsze udałabym się na wycieczkę po Stanach. Marzy mi się taki tour wzdłuż i wszerz tego ogromnego kraju. 
Po drugie zainwestowałabym w nieruchomości. Mam wykształcenie ekonomiczne, przez pewien czas, pracując w korporacji, dowodziłam zespołem finansistów, cyferki nie są więc mi obce. W domu wspólnym budżetem zarządzam ja, więc doskonale wiem, jak zagospodarowałabym tę kwotę.

9. Skoro życie jest takie krótkie, dlaczego nie robimy tylu rzeczy, które lubimy?

Z braku czasu i środków. Z powodu przytłoczenia zwykłym szarym życiem. 
Ze strachu przed miażdżącą krytyką, przed tym, co powie rodzina, znajomi. 
Dla mnie przełamaniem takiego strachu było wydanie książki i wystawienie się na opinie czytelników. Bardzo lubię pisać i będę to robić, choćby miało się okazać, że tylko do szuflady. 

10. Co robisz, gdy nikt nie patrzy? (To pytanie ma charakter typowo humorystyczny)

Odgrywam romantyczne sceny z filmów czy książek, wcielając się w dwie osoby naraz i wyobrażając sobie, że oto stoi przede mną główny męski bohater, a ja jestem jego wybranką. Najczęściej robię to po angielsku. Tak, wiem, że jestem szalona.
Ewentualnie udaję, że jestem wokalistką zespołu rockowego i śpiewam do różnych przyborów domowych imitujących mikrofon. Zdarza mi się też udawać, że gram w teledysku i stroję miny do „kamery”. Aktorką jestem kiepską, ale mimikę i ruchy sceniczne mam opanowane do perfekcji :) haha!

Bardzo dziękuję za możliwość „przepytania” Cię. Mam nadzieję, że pytania nie były problemowe.
Życzę wszystkiego dobrego!

Również dziękuję :) Pytania były bardzo ciekawe :) Było mi bardzo miło.

S.C.Alekto - Idealny jak diabli - Wydawnictwo WasPos - Zapowiedz Patronacka

S.C.Alekto - Idealny jak diabli - Wydawnictwo WasPos - Zapowiedz Patronacka

Z wielką przyjemnością przedstawiam wam książkę, którą wzięłam pod swoje skrzydła. W tym roku, jest to mój kolejny już patronat z którego bardzo się cieszę. Idealny jak diabli  to debiut polskiej autorki piszącej pod pseudonimem S.C.Alekto. Wychowana na romansach historycznych. Wierna fanka Jane Austen, zainteresowana kulturą Azji. Oprócz książek uwielbia także komiksy. Zakochana w czarnych charakterach.


Opis;

Wystarczył jeden jego uśmiech i już wiedziała, że spotkała demona…

Adam, spadkobierca fortuny Wetulanich niespodziewanie wraca do Polski. Młody, przystojny mężczyzna szybko staje się sensacją na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Gdy on po raz pierwszy ją zobaczył, wyglądała na niewinną, ale jedno spojrzenie jej oczu sprawiło, że zrozumiał, jak bardzo się mylił…

Anna Maj jest ciężko pracującą studentką. Dziewczyną, której dzieciństwo wypaliło głębokie piętno na duszy, a która mimo to stara się żyć jak inni. Jednak gdy zapada zmrok, cienie przeszłości nie przestają jej dręczyć.

Spirala przeznaczenia zaczyna się poruszać… Oboje stanowią silne osobowości i zawzięcie strzegą swoich sekretów, a równocześnie, coraz bardziej są sobą zafascynowani. Okazuje się bowiem, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż początkowo mogło się wydawać. Tylko czy w brutalnym świecie rzeczywistości, obdartym z magii i marzeń, można napisać swoją własną bajkę? Nie zapominajmy, że prawdziwe baśnie są dużo bardziej mroczne i realne niż mogłoby się wydawać, a życie nigdy nie poddaje się cenzurze…


Na zachętę mam dla was Prolog;


Zielony płaszczyk, który miałam na sobie, był już gdzieniegdzie poplamiony, ale nie zwracałam na to uwagi. Wbiegłam w kałużę i podskoczyłam, a krople wody, zupełnie jak spadające gwiazdy, rozbiegły 
się w różnych kierunkach. Co jakiś czas odwracałam się i spoglądałam w stronę mamy, która spokojnie podążała za mną. Las pełen był kolorowych liści. Zbierałam tylko te czerwone i żółte. One najbardziej mi się podobały.
− Mamo! – krzyknęłam. – Spójrz! – Podniosłam ogromny liść klonu i podbiegłam do niej.
− Jest śliczny – powiedziała, odbierając go ode mnie.
Uśmiechnęłam się promiennie i zadarłam główkę do góry.
Mama była bardzo ładna. Przypominała syrenę. Eteryczną istotę, o której tak dużo poetów i pisarzy wspominało w swoich dziełach. Miała regularne, delikatne rysy twarzy, a w świetle słońca jej jasne 
włosy iskrzyły się jak złoto. Błękitna sukienka podkreślała duże, lawendowe oczy, które skradły serce niejednemu mężczyźnie. Malinowe usta i brzoskwiniowa cera były tylko dopełnieniem ideału.
 Chwyciłam ją za rękę. Była zimna, ale nie zwracałam na to uwagi. 
Przytuliłam się do niej i poczułam dotyk na głowie. Lubiłam, gdy głaskała mnie po włosach.
Wiele osób mówiło, że jestem strasznie do niej podobna, że różniło nas tylko spojrzenie, bo ja miałam piwne oczy ojca. Ilekroć słyszałam takie komentarze, czułam się dumna i szczęśliwa. Moja mama była najpiękniejsza i najzdolniejsza na świecie. Nikt nie potrafił wydobyć tak czystych i idealnych dźwięków z instrumentu jak ona.
− Mamo? – Pochyliła głowę i spojrzała na mnie. – Kiedy będę grała tak pięknie, jak ty?
− Już niedługo – odpowiedziała, z charakterystycznym dla siebie spokojem.
− Naprawdę? – Podniecona spojrzałam jej w twarz, ale mama patrzyła przed siebie.
− Niedługo… – powtórzyła i chwyciła mnie za rączkę.
Ruszyłyśmy leśną dróżką, coraz bardziej zagłębiając się w labirynt roślin.
− Będę dużo ćwiczyć – powiedziałam wesoło. – Dopóki nie będę grać tak pięknie, jak mamusia!
Drzewa zaszeleściły pod wpływem wiatru, a deszcz różnokolorowych liści spadł prosto na nas. Szczęśliwa uniosłam rączki do góry i z fascynacją obserwowałam ten podniebny taniec.
Zanim doszłyśmy do jeziora, zebrałam całkiem spory bukiet. Odwróciłam się i dostrzegłam mamę, stojącą na końcu drewnianego pomostu. Bez wahania pobiegłam w jej stronę. Zwolniłam nieco, gdy 
dostrzegłam ciemną toń wody. Ostrożnie pokonałam ostatnie kilka metrów.
− Mamo? – Stałam dokładnie za nią. Błękitna sukienka owinęła się 
wokół jej kostek, a wiatr potargał do tej pory idealnie ułożone włosy. 
Nie odpowiedziała.
Podeszłam bliżej i stanęłam bezpośrednio przed nią. Wpatrywała się w spokojne ruchy tafli jeziora. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Uniosłam bukiecik zrobiony z różnokolorowych liści i się uśmiechnęłam.
− To dla ciebie – powiedziałam.
Mama spojrzała na mnie, a potem na podarunek. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w jesienną kompozycję. Jej oczy zasnuła dobrze mi znana mgła. Skrywała myśli, by nikt niepowołany nie mógł ich odczytać. Opuściłam rączki i po prostu czekałam. Mówienie teraz do niej było bez sensu. Przyglądałam się jej, przechylając główkę i marszcząc cieniutkie brwi. Miałam tylko nadzieję, że nie będzie na mnie znów krzyczeć. Nagle jej twarz jakby stopniała. Podniosła wzrok, który nie 
był już matowy. Przykucnęła i objęła mnie ramionami.
− Nie zostawisz mnie, prawda? – zapytała drżącym głosem i jednocześnie ścisnęła mnie mocniej.
Wtedy nie rozumiałam, co tak naprawdę oznaczały jej słowa, ani czego były zapowiedzią. Byłam tylko siedmioletnim dzieckiem. Dziewczynką, która udałaby się wszędzie – byle tylko być z matką. Miłość i przywiązanie – tylko to się liczyło. Dlatego odpowiedź na jej pytanie wydała mi się niezwykle prosta.
Odrzuciłam za siebie bukiecik i objęłam mamę za szyję. Kolorowe liście wylądowały na niczym niezmąconej tafli jeziora i powoli odpływały jak łódeczki.
− Kocham cię – powiedziałam i wtuliłam główkę w jej ramiona. Od dawna chciałam ją uściskać.
Poczułam, jak ciężar jej ciała na mnie napiera.
− Mamo? – Uniosłam głowę i spojrzałam na nią niewinnym wzrokiem. Uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dawna.
Poczułam się szczęśliwa. Nieczęsto to robiła, dlatego traktowałam taką chwilę jak najcenniejszy skarb. Kochałam ten ciepły, dodający otuchy promienny uśmiech, który pod każdym względem był idealny.Nie spuszczałam wzroku z jej twarzy. Nawet wtedy, gdy straciłam równowagę. Jej włosy się rozwiały i utworzyły wokół głowy aureolę. Naprawdę wyglądała jak syrena. Była piękna, uzdolniona i… zabójcza.Woda była zimna. Bardzo. Do tego stopnia, że odczuwałam fizyczny 

ból. Panika. Strach. Te pierwotnie emocje opanowały moje ciało. Dusiłam się. Ramiona matki były jak śmiercionośna pułapka. Walczyłam, ale nie potrafiłam się wydostać. Wbiłam paznokcie w jej skórę i wtedy spojrzałam w oczy. Były puste. W tej jednej chwili wszystko stało się 
dla mnie jasne. Ona od dawna była martwa… Jej powieki powoli opadły, a uścisk zelżał. Przerażona odepchnęłam ją od siebie i spojrzałam w górę. Nie potrafiłam pływać, ale ze wszystkich sił próbowałam wydostać się na powierzchnię. Ciało matki, już dawno pochłonęła otchłań. Nie walczyła. Poddała się i przegrała. Promienie słońca przedzierały się przez wodę. W akcie desperacji 
uniosłam dłoń. Kurczowo próbowałam uchwycić świetlny sznur. Zupełnie jakby to było możliwe. Zabrakło mi jednak sił. Zanim straciłam przytomność, dostrzegłam cień, który przybrał kształt człowieka. Wyciągnął w moją stronę dłoń, a ja pogrążyłam się w ciemności.
Tego dnia woda zabrała nie tylko moją matkę, ale i część mnie…

Mam dla was jeszcze coś ekstra; 



Emilia Wituszyńska - Niebezpieczna Gra -  Wydawnictwo Kobiece - Receznja

Emilia Wituszyńska - Niebezpieczna Gra - Wydawnictwo Kobiece - Receznja

„Kobieta jest jak broń. Nie wolno się nią bawić”.

Weronika Kardasz twarda babka, która nigdy się nie poddaje. Jedna z najlepszych warszawskich policjantek. Jej temperament i ostry język sprawiają, że nie da jej się nie lubić.
Przemysław Rej jest przystojnym facetem o również niewyparzonym języku. Jednak jak go bliżej poznamy to, można stwierdzić, że jest uroczym i kochanym facetem, skrywającym nieciekawe sekrety.

„Czuła, że to, co się między nimi dzieje, jest niebezpieczną grą i nie ma nic wspólnego z zagrożeniem, jakie wokół nich krąży. Z przestępcami sobie poradzi, nie jest jednak pewna, czy podoła narastającym w niej uczuciom”.

Kiedy podczas akcji w dramatycznych okolicznościach ginie partner i najlepszy przyjaciel Wery, to dziewczyna wpada w totalny dołek, popadając w alkoholizm. I kiedy nieoczekiwanie dostaję ważne zadanie, które tylko ona może wykonać, postanawia się w końcu pozbierać. Pewnego dnia zostaje znalezione ciało kandydata na urząd premiera i jedynym światkiem tego zdarzenia jest znany aktor Przemysław Rej. Wszystko byłoby dobrze, żeby nie to, że tego feralnego dnia był pijany w trzy dupy. Mężczyzna żąda całodobowej ochrony, a któż inny by miał go ochraniać jak nie najlepsza policjantka.
Wera i Remek tak go nazwała główna bohaterka, co mi się zresztą spodobało. Muszą udawać parę zakochanych, żeby nie wzbudzić żadnych podejrzeń. Ich relacja jest jak tykająca bomba, nigdy nie wiadomo, kto pierwszy odpali zapalnik. Właśnie to mi się w nich najbardziej podoba. Jednak jak już wszytko szło po ich myśli, wtedy dziewczyna zaczyna podejrzewać, że on nie mówi jej całej prawdy. Co się stanie, jeśli na jaw wyjdą wszystkie sekrety? Ja wam powiem, zacznie się wtedy niebezpieczna gra, której stawką jest ludzie życie. A nawet i o wiele więcej.

„Jeśli będziesz mnie potrzebowała, znajdziesz mnie. Odszukałabyś mnie u diabła w kotle, jeśli twoją przeszkodą byłoby tylko piekło”.

Niebezpieczna Gra to bardzo udany debiut autorki. Historia Wery i Remka skradła część mojego serca. Urzekli mnie swoją prawdziwością i poczuciem humoru, które było wręcz cudowne. Czytając, miałam wielki uśmiech na twarzy, kiedy zaczynali się przekomarzać. Nie mogłam się od niej oderwać, co skończyło się czytaniem do samego rana, ale było warto zarwać nockę, bo książka jest świetna. Znajdziecie w tej książce z każdego gatunku po trochu, co jest bardzo fajnym zabiegiem i to dobrze połączonym. Jest to smaczne, a im dalej, tym bardziej czuć dreszczyk emocji.
Polecam wam ją bardzo gorąco i nie mogę się doczekać kolejnych perełek od Emilii. Bo to dopiero początek autorka jeszcze nie pokazała w pełni, na co ją stać, najlepsze ma dla nas jeszcze w zanadrzu.


Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu 


Penelope Douglas - Punk 57 - Wydawnictwu NieZwykłe - Zapowiedz Patronacka

Penelope Douglas - Punk 57 - Wydawnictwu NieZwykłe - Zapowiedz Patronacka

Z wielką przyjemnością przedstawiam wam książkę, którą wzięłam pod swoje skrzydła. W tym roku, jest to mój kolejny już patronat z którego bardzo się cieszę. Punk 57 to druga książka autorki Penelope Douglas, która zostanie wydana przez Wydawnictwo NieZwykłe. Pierwszą była Birthday Girl. Na naszym polskim rynku ukazały się jeszcze takie książki jak seria fall away; Dręczyciel, Dopóki nie zjawiłaś się ty.


Penelope Douglas jest autorką bestsellerów New York Times, USA Today i Wall Street Journal. Jej książki zostały przetłumaczone na czternaście języków. Jest pisarką mieszkającą w Las Vegas z mężem i córką. Jej słabością są słodycze. 


Całkowicie uzależniająca! Punk 57 to przełomowa i trzymająca w napięciu powieść, która zawładnie twoim umysłem od pierwszego zdania i nie wypuści cię ze swoich objęć nawet długo po tym, jak przewrócisz ostatnią stronę. Penelope Douglas rządzi!

Katy Evans, autorka bestsellerów z listy „The New York Timesa”


Opis; 

Misha

Nie mogę się powstrzymać od uśmiechu, gdy czytam jej list. Tęskni za mną.
W piątej klasie nauczyciele dobrali nam korespondencyjnych przyjaciół z innych szkół. Mam na imię Misha, więc nauczyciel z drugiej szkoły myślał, że jestem dziewczyną, i połączył mnie z Ryen, jedną ze swoich uczennic. Mój wychowawca sądził, że Ryen też jest chłopcem, i wyraził zgodę.
Ryen i ja szybko zrozumieliśmy ich błąd. Wkrótce zaczęliśmy się o wszystko kłócić. O najlepszą pizzę na wynos. O to, czy lepszy jest Android, czy iPhone. O to, czy Eminem jest najlepszym raperem na świecie…
I tak to się zaczęło. Przez następne siedem lat staliśmy się dla siebie wszystkim.
Jej listy to zawsze czarne kartki zapisane srebrnym tuszem. Czasami dostaję jeden tygodniowo, a czasami trzy dziennie, ale potrzebuję ich wszystkich. Ona jest jedyną osobą, która mnie pilnuje, uspokaja i akceptuje takiego, jakim jestem.
Mieliśmy tylko trzy zasady. Nie szukamy się w mediach społecznościowych, nie wymieniamy numerami telefonów, nie wysyłamy sobie swoich zdjęć. To dobry układ. Po co go psuć?
Zobaczyłem jednak w internecie zdjęcie pewnej dziewczyny. Ma na imię Ryen, uwielbia pizzę od Gallo’s i ubóstwia swojego iPhone’a. Jakie jest prawdopodobieństwo, że to ta sama osoba?
Pieprzyć to. Muszę ją poznać.
Zupełnie się nie spodziewałem, jak na nią zareaguję.

Ryen

Od trzech miesięcy nie napisał ani słowa. Coś jest nie tak. Czyżby umarł? Trafił do więzienia? Znając Mishę, nie wykluczam żadnej z tych możliwości.
Bez niego odchodzę od rozumu. Muszę wiedzieć, że ktoś mnie słucha. To moja wina. Powinnam była zdobyć jego numer, zdjęcie, cokolwiek.
Przecież mógł zniknąć na zawsze.
Albo jest tuż obok, a ja nawet o tym nie wiem.



Na zachętę mam dla was pierwszy rozdział; 

MISHA 

Drogi Misho!
Czy wyznałam Ci kiedyś swój wstydliwy sekret?
I nie, wcale nie oglądam Nastoletnich matek, ale wiem, że ty to robisz. Możesz zaprzeczać, ile tylko chcesz, lecz przecież nie musisz siedzieć z siostrą przed telewizorem, stary. Jest już na tyle duża, że może sama oglądać telewizję.
Mój sekret jest jednak jeszcze gorszy. Tak naprawdę trochę wstydzę Ci się o nim powiedzieć, ale myślę, że powinniśmy chociaż raz dać upust negatywnym emocjom. Prawda?
Widzisz, chodzi o taką jedną dziewczynę z mojej szkoły. Znasz ten typ. Popularna cheerleaderka, która zawsze dostaje wszystko, czego zapragnie… Teraz wstydzę się do tego przyznać, zwłaszcza Tobie, lecz dawno, dawno temu chciałam być taka jak ona.
Jakaś część mnie wciąż tego pragnie.
Wiem, że od razu byś ją znienawidził. Jest wszystkim tym, czego nie możemy znieść. Jest złośliwa, arogancka i płytka… To typ dziewczyny, którą męczy nawet samo zastanawianie się nad czymś, rozumiesz? Jednak zawsze mnie fascynowała.
I nie przewracaj teraz oczami. Wyczuwam, że to robisz.
Po prostu… pomimo tych wszystkich okropnych cech ona nigdy nie jest sama. Rozumiesz?
Tak jakby jej tego zazdroszczę. No dobrze. Autentycznie jej tego zazdroszczę.
Samotność jest do bani. Być w miejscu pełnym ludzi i czuć się tak, jakby nikt cię tam nie chciał. Czuć się jak na imprezie, na którą nikt cię nie zaprosił. Nikt nie wie, jak się nazywasz, i nikt nie chce cię poznać. Nikogo nie obchodzisz.
Czy oni się z ciebie śmieją? Obgadują cię? Wykrzywiają się na twój widok, bo ich idealny świat byłby bez ciebie znacznie lepszy?
Może mają nadzieję, że w końcu to zrozumiesz i po prostu sobie pójdziesz?
Często tak właśnie się czuję.
Wiem, że chęć posiadania własnego miejsca wśród ludzi jest żałosna, i wiem, że powiesz mi, że lepiej jest być samotnym i mieć rację niż być w grupie i jej nie mieć, ale… ja wciąż czuję tę potrzebę. Przez cały czas. A Ty? Czułeś ją kiedykolwiek?
Zastanawiam się, czy ta cheerleaderka też to czuje. Gdy muzyka w końcu cichnie i wszyscy idą do domu. Gdy dzień dobiega końca, a ona nie ma już nikogo, kto mógłby ją zabawiać. Kiedy zmywa z twarzy makijaż, ściąga maskę odważnej dziewczyny i pozwala by demony, które w niej drzemią, zaczęły swoją zabawę.
Chyba nie. Narcystyczni ludzie nie mają takich słabości, prawda?
To musi być przyjemne.

Nagle słyszę, jak mój telefon, który leży na centralnej konsoli w moim samochodzie, zaczyna wibrować. Spoglądam znad listu Ryen i widzę, że ktoś napisał do mnie kolejną wiadomość.
Cholera. Jestem strasznie spóźniony.
Wszyscy pewnie już główkują, gdzie się podziewam, a ja mam ciągle jeszcze dwadzieścia minut drogi, zanim dojadę na miejsce. Dlaczego nie mogę być gitarzystą basowym, od którego nikt nic nie chce?
Ponownie patrzę na jej słowa i powtarzam je w myślach. Kiedy zmywa z twarzy makijaż, ściąga maskę odważnej dziewczyny...
Gdy kilka lat temu przeczytałem to zdanie po raz pierwszy, naprawdę mocno mnie ruszyło. Od tamtej chwili zrobiłem to już setki razy. Ryen potrafi tak wiele powiedzieć, używając tak niewielu słów.
Przesuwam wzrokiem po papierze i wracam do ostatniej części. Wiem, jak kończy się list, ale uwielbiam sposób, w jaki opisuje świat i to że zawsze potrafi mnie rozśmieszyć.
No dobrze, przepraszam. Właśnie dowiedziałam się, jak to jest na chwilę wyłączyć Facebooka, ale czuję się już lepiej. Nie wiem, kiedy stałam się taką idiotką, ale cieszę się, że to znosisz.
Ale dość już o mnie.
Chcę tylko wyjaśnić coś w związku z tym, o co się ostatnim razem pokłóciliśmy. Kylo Ren NIE JEST dzieckiem. Zrozumiałeś? Jest młody i impulsywny, w dodatku należy do krewnych Anakina i Luke’a Skywalkerów. Przecież to oczywiste, że będzie na wszystko narzekał! Jak możesz być tym zaskoczony? Założę się, że odkupi wszystkie swoje winy. O co tylko chcesz.
No dobra, muszę już lecieć. Ale odpowiem tylko jeszcze na Twoje pytanie: ten tekst, który wysłałeś mi ostatnim razem, brzmi naprawdę świetnie. Pisz dalej. Nie mogę się doczekać, aż będę mogła przeczytać całą piosenkę.

Dobranoc. Dobra robota. Śpij dobrze.
Pewnie skończę pisać do Ciebie dopiero nad ranem.
Ryen


Śmieję się, gdy widzę jej odniesienie do Narzeczonej dla księcia. Od siedmiu lat kończy swoje listy tym zdaniem. A wszystko zaczęło się w piątej klasie, kiedy uczniowie z jej szkoły musieli w ramach projektu korespondować z uczniami z mojej.
My jednak po zakończeniu roku szkolnego nie przestaliśmy do siebie pisać. Chociaż mieszkamy od siebie zaledwie pięćdziesiąt kilometrów i żyjemy w erze Facebooka, wciąż rozmawiamy ze sobą tylko za pomocą listów. To sprawia, że nasza znajomość jest inna, w pewnym sensie wyjątkowa.
I nie, wcale nie oglądam Nastoletnich mam. Robi to moja siedemnastoletnia siostra, a ja pewnego razu po prostu dałem się wciągnąć. Tylko ten jeden raz. Nie mam pojęcia, dlaczego powiedziałem o tym Ryen. Powinienem przewidzieć, że wykorzysta to do robienia sobie ze mnie jaj. Cholera.
Ponownie składam list. Pomarszczony i zagnieciony czarny papier wygląda tak, jakby, jeśli rozłożę i przeczytam go jeszcze raz, rozpadnie się na kawałki. Podczas tych wszystkich lat nasze listy bardzo się zmieniły. Rozmawiamy o innych rzeczach i kłócimy się o inne sprawy, nawet jej pismo jest inne… Proste i wielkie litery dziewczynki, która właśnie nauczyła się pisać kursywą, zmieniły się w pewne siebie, zgrabne pociągnięcia piórem kobiety, która dobrze wie, kim jest.
Natomiast czarny papier pozostał identyczny. Tak samo jak srebrny tusz, którym pisze swoje listy. Widok jej czarnych kopert w stosie poczty na kuchennym blacie zawsze jest dla mnie przyjemnym zastrzykiem adrenaliny.
Wsuwam list do schowka pomiędzy kilka innych od Ryen, tych które szczególnie lubię. Wyjmuję długopis i trzymam go w dłoni nad leżącym na moich kolanach notatnikiem.
Rozłóż swoją odwagę jak płótno, narysuj oczy i usta – szepczę podczas pisania na kartce tekstu nowej piosenki. – Posklejaj pęknięcia i zamaluj rozdarcia.
Zatrzymuję się i kombinuję, przygryzając kolczyk w dolnej wardze.
– Trochę tu – mamroczę, a w mojej głowie kłębi się natłok wyrazów – by ukryć worki pod oczami, i trochę różu na policzki, by zalać świat kłamstwem.
Szybko notuję słowa na papierze, ledwie widząc w ciemnym samochodzie własne bazgroły.
Nagle słyszę, jak mój telefon ponownie brzęczy. Krzywię się.
– No dobra, dobra – warczę, pragnąc, by te pieprzone SMS-y w końcu przestały mnie nękać.
Czy moi kumple z zespołu nie potrafią imprezować beze mnie, nawet przez pięć minut?
Ponownie przykładam długopis do papieru. Chcę dokończyć myśl, ale zacinam się i usiłuję sobie przypomnieć, co chciałem napisać. Co miało być następne? Trochę tu, by ukryć worki pod oczami…
Zaciskam powieki i powtarzam w myślach to zdanie, by odtworzyć jego koniec.
Wypuszczam powietrze. Cholera. Przepadło.
Niech to szlag.
Nakładam nakrywkę na długopis i rzucam go razem z notatnikiem na siedzenie pasażera w moim raptorze.
Przypominam sobie ostatnie zdanie w jednej z części jej listu. O co tylko chcesz?
Może więc wygraną będzie rozmowa przez telefon i po raz pierwszy pozwoliłabyś mi usłyszeć swój głos?
Nie. Ryen chce, żeby nasza przyjaźń została właśnie taka, jaka jest teraz. Przecież wszystko jest w porządku. Dlaczego mielibyśmy ryzykować i coś w niej zmieniać?
Sądzę, że ma rację. A co, jeśli dźwięk jej głosu wpłynąłby na to, jak odbieram jej listy? Jej słowa pozwalają mi sobie wyobrazić, jaka jest. Może, gdybym usłyszał, jak je wypowiada, wszystko by się zmieniło.
Ale co by się stało, gdyby dźwięk jej głosu mi się spodobał? Gdyby brzmienie jej śmiechu w słuchawce i odgłos oddechu tak samo nie pozwalały mi spać, jak jej słowa? Co by się stało, gdybym chciał czegoś więcej?
Przecież już teraz mam obsesję na punkcie jej listów. Właśnie dlatego siedzę w samochodzie na pustym parkingu i czytam te, które nadesłała dawno temu. Jej słowa stały się inspiracją dla mojej muzyki.
Ryen jest moją muzą i nie ma mowy, żeby nie zdawała sobie z tego sprawy. Przecież od tylu lat wysyłam jej swoje teksty i pytam ją o zdanie.
Mój telefon zaczyna dzwonić, zerkam na ekran. To Dane.
Wzdycham i przykładam do ucha słuchawkę.
– Co?
– Gdzie jesteś?
– W drodze.
Odpalam silnik i wrzucam bieg.
– Akurat. Znowu siedzisz na jakimś parkingu i piszesz teksty, prawda?
Przewracam oczami i rozłączam się, po czym rzucam telefon na siedzenie pasażera.
Jazda samochodem pomaga mi się skupić i Dane nie musi truć mi o to dupy. Przecież nie mam wpływu na to, kiedy przychodzą mi do głowy pomysły.
Wyjeżdżam na ulicę i wciskam gaz do dechy, kierując się w stronę starego magazynu poza miastem. Nasz zespół zorganizował scavenger hunt , żeby zebrać pieniądze na nasze letnie tournée, które rozpocznie się za kilka miesięcy. Osobiście uważam, że powinniśmy po prostu zorganizować serię koncertów – może we współpracy z paroma innymi lokalnymi zespołami – ale Dane stwierdził, że coś oryginalniejszego przyciągnie więcej ludzi.
Niedługo się przekonamy, czy miał rację.
Przenikliwy chłód lutego przebija się przez moją bluzę, więc włączam ogrzewanie, a potem długie światła. Ich promienie przecinają roztaczającą się przed maską głęboką ciemność.
To droga, która prowadzi do Falcon’s Well, gdzie mieszka Ryen. Jeśli nie zjadę z trasy, minę magazyn i skręt do The Cove – starego parku rozrywki, od dawna opuszczonego – to w końcu trafię do jej miasta. Odkąd dostałem prawo jazdy, wiele razy miałem ochotę tam pojechać. Zżerała mnie ciekawość, ale nigdy się jej nie uległem. Jak już mówiłem, ryzyko popsucia naszej przyjaźni nie jest tego warte. Chyba że ona również zgodziłaby się na spotkanie.
Przechylam się w stronę siedzenia pasażera i w poszukiwaniu zegarka przesuwam na bok notatnik oraz inne papiery. Położyłem go tam wczoraj, gdy myłem samochód. To jedna z niewielu rzeczy, za którą czuję się odpowiedzialny. Ten zegarek jest rodzinną pamiątką.
W pewnym sensie.
Znajduję go i przytrzymując kierownicę, zapinam zamszowy czarny pasek wokół nadgarstka. Zegarek jest umieszczony pomiędzy dwiema klamrami. Należał do mojego dziadka, który dał go mojemu tacie w dniu ślubu moich rodziców – w podarunku dla ich pierworodnego syna. Ojciec przekazał mi go w zeszłym roku. Od razu dostrzegłem, że oryginalny jest tylko pasek. Ojciec zgubił zabytkowy zegarek od Jaeger-LeCoultre, który był w naszej rodzinie od osiemdziesięciu lat.
Odnajdę go, ale zanim to nastąpi, muszę zadowolić się tym złomem, który włożyłem w jego miejsce na pasek dziadka.
Zapinam go i podnoszę wzrok. Zauważam coś na drodze.
Zbliżam się i dostrzegam biegnącą poboczem postać. Widzę związane w warkocz blond włosy i czarną kurtkę. Wszędzie poznałbym ten neonowy kolor niebieskich butów do biegania.
Chyba sobie żartujesz. Do jasnej cholery.
Światło reflektorów pada na plecy mojej siostry, oświetlając ją w mroku nocy. Ściszam muzykę, a ona spogląda przez ramię i spostrzega, że ktoś się do niej zbliża.
Gdy mnie rozpoznaje, uśmiecha się, nie przestając biec, a jej twarz się rozjaśnia.
Oczywiście w uszach ma te swoje pieprzone słuchawki. Wspaniale dbasz o własne bezpieczeństwo, Annie.
Zwalniam i podjeżdżam do niej, opuszczając szybę.
– Czy ty wiesz, jak wyglądasz?! – krzyczę, zacisnąwszy w gniewie pięści wokół kierownicy. – Jak idealna ofiara dla seryjnego mordercy!
Annie śmieje się tylko bezgłośnie i kręci głową, po czym zaczyna biec prędzej, zmuszając mnie do przyspieszenia.
– A czy ty wiesz, gdzie jesteśmy? – pyta. – Jesteśmy na drodze pomiędzy Thunder Bay i Falcon’s Well. To droga, po której nikt nie jeździ. Nic mi nie będzie. – Unosi brew. – Brzmisz jak tata.
Krzywię się z odrazą.
– Po pierwsze – zaczynam – ja właśnie jadę tą drogą, więc nie jest opuszczona. Po drugie, nie kręć mi tutaj głową, bo jesteś jedyną osobą, która jest tak głupia, by wybrać się na samotną przebieżkę w środku nocy. Ja tylko nie chcę, żeby ktoś cię zgwałcił i zamordował. A po trzecie, nie musiałaś tego mówić. Wcale nie brzmię jak tata, więc więcej mnie tak nie obrażaj. To nie jest miłe. A teraz wsiadaj do tego pieprzonego samochodu – rozkazuję ostrym tonem.
Ona jednak tylko ponownie kręci głową. Uwielbia się ze mną drażnić. Identycznie jak Ryen.
Annie jest moją jedyną siostrą. Z tatą nie układa mi się – delikatnie mówiąc – najlepiej, lecz z Annie naprawdę dobrze się rozumiemy.
Wciąż biegnie obok samochodu i głęboko oddycha. Dostrzegam jej podkrążone oczy i wklęsłe policzki. Mam ochotę ją skarcić, ale się powstrzymuję. Annie ma za dużo zajęć i prawie w ogóle nie sypia.
– Skończ z tym – mówię, niecierpliwiąc się. – Poważnie. Nie mam czasu na zabawę.
– To co tu robisz?
Zerkam przed siebie na pustą drogę i upewniam się, że z niej nie zjeżdżam.
– Jadę na imprezę, którą zorganizowaliśmy na dzisiejszy wieczór. Muszę się tam zjawić. A ty dlaczego nie biegasz w dobrze oświetlonym parku w bezpiecznym towarzystwie dwóch tuzinów innych biegaczy? Co?
– Przestań mnie niańczyć.
– Przestanę, gdy nie będziesz zachowywać się jak idiotka – odpowiadam.
Poważnie. Co ona sobie myśli? Samotne bieganie po tej drodze nie jest bezpieczne nawet w dzień, a co dopiero w nocy.
Jestem od niej rok starszy i w maju kończę szkołę, ale z nas dwojga to ona zwykle zachowuje się bardziej odpowiedzialnie.
Co mi o czymś przypomina.
– Hej – mamroczę. – Wzięłaś rano z mojego portfela sześćdziesiąt dolarów?
Wczoraj je wypłaciłem i dziś zauważyłem ich brak. Nie wydałem tych pieniędzy, a to już trzeci raz, gdy moja kasa ginie w tajemniczych okolicznościach.
Annie przybiera minę smutnej dziesięciolatki. Wie, że to zawsze na mnie działa.
– Nigdy nie wydajesz swojej kasy, a ja potrzebowałam paru rzeczy na mój projekt naukowy. Uznałam, że nie powinny się marnować.
Przewracam oczami.
Moja siostra doskonale wie, że może poprosić o pieniądze naszego ojca. Jest jego ukochanym aniołkiem i zawsze daje jej wszystko, czego chce.
Jak jednak mam być na nią zły? Robi coś ze swoim życiem i jest szczęśliwa. Powinienem się cieszyć, że mogę jej w tym pomóc.
Gdy dostrzega, że łagodnieję, szczerzy się i podbiega bliżej, chwyta za drzwi i staje na stopniu pod nimi.
– Hej, możesz mi przywieźć piwo korzenne, kiedy będziesz wracał z tej imprezy? – pyta. – Lodowato zimne piwo korzenne. Oboje wiemy, że spędzisz tam maksymalnie pięć minut. No, chyba że będzie tam jakaś fajna laska, dla której staniesz się bardziej towarzyski.
Śmieję się pod nosem. Trafiła w punkt.
– Dobrze. – Kiwam głową. – Jeśli wsiądziesz do samochodu, podwiozę cię na stację benzynową. Co ty na to?
– Weź mi jeszcze trochę karmelków – dodaje, ignorując moją propozycję. – Weź cokolwiek, co można żuć.
Zeskakuje ze stopnia i zaczyna biec. Szybko się ode mnie oddala.
– Annie! – Wciskam pedał gazu i podjeżdżam do niej. – Wsiadaj. Teraz!
Zerka na mnie i prycha.
– Misha, mój samochód jest tutaj! – Wskazuje przed siebie. – Spójrz.
Patrzę na drogę. Rzeczywiście. Jej niebieski mini cooper stoi na prawym poboczu. Wygląda tak, jakby na nią czekał.
– Zobaczymy się w domu – mówi Annie.
– Skończyłaś już biegać?
– Taaaaaaak. – Potakuje ruchem głowy w wyjątkowo dramatyczny sposób. – Zobaczymy się, gdy wrócisz, dobrze? Nie zapomnij o moim piwie korzennym i słodyczach.
Posyłam jej żartobliwy uśmiech.
– Chciałbym ci je przywieźć, ale nie wziąłem żadnych pieniędzy.
– Masz kasę w konsoli – odparowuje. – Nie udawaj, że nie powciskałeś jej wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinieneś. Założę się, że w całym samochodzie znalazłoby się ze sto dolców.
Parskam. Tak, to cały ja. Jestem tym złym starszym bratem, który po sobie nie sprząta i je na śniadanie paluszki serowe.
Dodaję gazu, a z tyłu dociera do mnie jeszcze wrzask:
– I chipsy z koperkiem!
W lusterku wstecznym widzę, jak krzyczy, trzymając dłonie po obu stronach ust. Trąbię dwa razy, dając znać, że ją usłyszałem, i jeszcze bardziej przyspieszam, po czym zatrzymuję się przed jej samochodem.
W lusterku widzę, jak siostra kręci głową. Zachowuje się tak, jakbym był niezwykle apodyktyczny, bo nie chcę odjechać, zanim nie wsiądzie do swojego auta.
No sorry, ale nie zamierzam zostawiać swojej ładnej siedemnastoletniej siostry na skąpanej w mroku drodze o dziesiątej w nocy.
Annie wyciąga kluczyki z kieszeni kurtki i otwiera drzwi, po czym macha do mnie i wsiada do środka. Gdy włącza przednie światła, wrzucam bieg i odjeżdżam.
Wciskam gaz do dechy i rozsiadam się wygodnie, jadąc prosto do opuszczonego magazynu. Reflektory samochodu Annie znikają z mojego lusterka, kiedy wjeżdżam na niewielką górkę. Zaczynam się martwić. Nie wyglądała najlepiej. Nie sądzę, żeby była chora, ale sprawiała wrażenie wycieńczonej.
Jedź do domu i idź prosto do łóżka, Annie. Przestań ciągle wstawać o czwartej trzydzieści rano i w końcu porządnie się wyśpij.
Z naszej dwójki to ona jest tym idealnym dzieckiem. Ma średnią powyżej czterech i gra w szkolnej drużynie siatkarskiej, a w dodatku sama trenuje drużynę juniorek w softballu, nie wspominając o klubach, do których należy, i różnych projektach, których się podejmuje…
Ściany mojej sypialni pokryte są plakatami i tekstami piosenek, które zapisałem na nich czarnym markerem. Natomiast jej ściany pełne są półek z trofeami, medalami i nagrodami.
Byłoby fajnie, gdybyśmy wszyscy mogli pożyczyć trochę jej energii, bo wydaje się niewyczerpana.
Wjeżdżam na żwirową drogę, biorę kilka zakrętów i widzę otoczoną ciemnymi drzewami polanę. Przede mną stoi wysoki, imponujący budynek. Większość okien jest wybitych i przez dziury po szybach widzę światło oraz cienie poruszających się w środku ludzi.
Wcześniej była tu chyba fabryka butów albo coś takiego, ale odkąd mieszkańcy Thunder Bay stali się bogatą, wpływową społecznością, produkcję przeniesiono do miasta, oszczędzając hałasu i smrodu wrażliwym uszom i nosom tutejszych mieszkańców.
Chociaż magazyn powoli popada w ruinę, ludzie wciąż robią z niego użytek. Odbywają się w nim ogniska, imprezy, Diabelskie Noce… Magazyn stał się przestrzenią do dokazywania, a dzisiejszej nocy nadeszła nasza kolej.
Parkuję i wysiadam z samochodu. Upewniam się, czy zamknąłem auto, lecz bardziej zależy mi na bezpieczeństwie listów Ryen i moich zapisków niż leżącego na konsoli portfela.
Wchodzę do środka, ale nie przystaję, by się rozejrzeć. Z głośników rozlega się Square Hammer zespołu Ghost, a ja manewruję przez tłum do miejsca, gdzie na pewno znajdę resztę chłopaków. Gdy przychodzimy imprezować, zawsze zajmują tę samą część magazynu.
– Misha! – słyszę nagle czyjś głos.
Podnoszę wzrok i kiwam głową w stronę stojącego z kumplami przy kolumnie gościa, ale się nie zatrzymuję. Kilka osób klepie mnie po plecach i wita się ze mną. Wszędzie krążą ludzie. Ich śmiech jest prawie tak głośny jak muzyka, a błyski ekranów telefonów rozświetlają ciemność, kiedy robią sobie zdjęcia.
Wygląda na to, że Dane miał rację. Wszystkim chyba podoba się nasza impreza.
Chłopaki siedzą oczywiście tam, gdzie się ich spodziewałem, czyli na kanapach w kącie sali. Dane pracuje na swoim iPodzie, prawdopodobnie zarządzając naszym wydarzeniem w sieci. Ma na sobie krótkie bojówki i T-shirt – strój, który nosi niezależnie od panującej na dworze temperatury. Louis związuje czarne włosy w kucyk i rozmawia z paroma laskami, a Malcolm podnosi do ust bongo i rozpala cybuch. Jego kręcone brązowe włosy opadają mu na oczy, na pewno już nieźle przekrwione.
Świetnie.
– Dobra, jestem. – Schylam się do stolika i wyciągam gitarowe kable z rozlanego drinka, po czym rzucam je na kanapę. – Do czego mnie potrzebujecie?
– A jak myślisz? – odpowiada szorstko nasz perkusista, Malcolm. Wskazuje głową na tłum za mną, wypuszczając z ust kłęby dymu. – Oni wszyscy pragną ciebie, piękny chłopczyku. Idź, zrób obchód.
Krzywiąc się, zerkam przez ramię.
– Dzięki, ale nie.
Śpiewanie przed tłumem lub granie na gitarze to zupełnie coś innego. To konkretne zajęcie i wiem, co mam robić.
Ale zabawianie ludzi, których nie znam, by zebrać od nich pieniądze? Potrzebujemy szmalu, a ja mam wiele talentów, lecz rozmawianie z innymi nie jest jednym z nich. Nie umiem wmieszać się w tłum.
– Zajmę się ochroną – mówię.
– Nie potrzebujemy ochrony. – Dane wstaje z kanapy z uśmieszkiem na ustach, który chyba nigdy nie znika z jego twarzy. – Rozejrzyj się dookoła. Wszystko jest super. – Podchodzi do mnie i spoglądamy na tłum. – Rozluźnij się i idź z kimś pogadać. Przyszła masa fajnych dziewczyn.
Krzyżuję ramiona na piersiach. Może i tak. Nie mam jednak zamiaru zostawać zbyt długo. W mojej głowie wciąż rozbrzmiewają słowa zaczętej przeze mnie piosenki i chcę skończyć ją pisać.
Dane i ja przyglądamy się zebranym. Po chwili spostrzegam ludzi z kartkami w dłoniach. Dostali je przy wejściu. Na każdej z nich wypisane są zadania, które muszą wykonać na dzisiejszej imprezie.

Zrób zdjęcie piramidzie składającej się z sześciu osób.
Zrób zdjęcie mężczyźnie z pomalowanymi ustami.
Zrób zdjęcie sobie, gdy całujesz się z kimś, kogo nie znasz.

Niektóre z zadań są sprośniejsze.
Uczestnicy muszą wrzucić swoje zdjęcia na Facebooka, oznaczyć stronę naszego zespołu, a my wylosujemy kogoś, kto wygra… coś. Zapomniałem co. Nie zwracałem na to zbyt dużej uwagi.
Każda z tych osób musiała kupić bilet, ale wygląda na to, że ściągnięcie ludzi nie mogło być jakoś specjalnie trudne. Bar jest pełny, a wszędzie kręci się mnóstwo ludzi. Barmani powinni pytać wszystkich o dowód, ale wiem, że to jedna wielka ściema. W tym mieście pije każdy i nikt sobie nic z tego nie robi.
– Co u ciebie słychać? – pyta Dane. – Tata znowu nie daje ci spokoju?
– Wszystko w porządku.
Przez chwilę się nie odzywa, ale wiem, że chce mnie przycisnąć. W końcu się jednak poddaje.
– Powinieneś przyprowadzić Annie. Spodobałaby się jej ta impreza.
– Nie ma mowy. – Śmieję się, a w moje nozdrza wdziera się zapach zioła. – Moja siostra nie jest dla ciebie. Zrozumiałeś?
– Ej, przecież nawet niczego nie sugerowałem. – Udaje niewinnego, a mimo to uśmiecha się z aluzją. – Pomyślałem tylko, że skoro tak ciężko pracuje, przydałaby się jej odrobina zabawy.
– Zabawy… tak, ale nie kłopotów – poprawiam go. – Annie ma swoje cele i nie potrzebuje niczego, co może ją rozproszyć. Ma przed sobą przyszłość.
– A ty nie masz?
Czuję na sobie jego wzrok. Wyzwanie wisi w powietrzu. Przecież tego nie powiedziałem, prawda?
Dane znowu przez chwilę milczy. Pewnie zastanawia się, czy mu odpowiem, ale ostatecznie zmienia temat.
– No dobra, w takim razie ogarnij to – mówi, wychylając się w moją stronę i pokazując iPoda. Przesuwa palcem po jego ekranie. – Czterysta pięćdziesiąt osób zakomunikowało swoją obecność na naszej imprezie. Wrzucają zdjęcia i filmiki, oznaczają siebie i znajomych, a niektórzy nawet robią LIVE’A na swoich profilach… Jest nawet lepiej, niż się spodziewałem. Ten rozgłos już zaczyna zarabiać. Wyświetlenia naszych filmików na YouTubie wzrosły czterokrotnie.
Zerkam na ekran i zauważam nazwę naszego zespołu, a pod nią masę zdjęć. Widzę uniesione drinki i uśmiechnięte dziewczyny, a jak Dane scrolluje ekran to też krótkie filmiki wrzucane na żywo, na których widać magazyn.
– Doskonała robota. – Ponownie obrzucam wzrokiem salę. – Zdaje się, że właśnie zarobiliśmy na trasę.
Muszę mu to przyznać. Wszyscy doskonale się bawią, a my zbieramy forsę.
– Wpadnij jutro – mówię. – Mam parę tekstów, które chcę przećwiczyć.
– Dobra – odpowiada. – Ale teraz zrób mi przysługę i idź się trochę zabawić. Wyglądasz, jakbyś był na turnieju szachowym.
Wykrzywiam usta w grymasie i wyrywam mu iPoda z dłoni, a on rechocze, po czym wraca do chłopaków.
Idę powoli i przeglądam tablicę na iPodzie. Widzę, że wielu znajomych z klasy i naszych przyjaciół wrzuciło informacje, żeby nas wesprzeć. Żar małych ogników z wykopanych w ziemi dołów drażni moje nozdrza. Przyglądam się zdjęciu kolesia, który ma tuż nad rozporkiem wypisane słowo KOŃ. Obok stoi dziewczyna, która wskazuje palcem na napis, a drugą dłonią zakrywa usta, udając zaskoczenie. Zdjęcie podpisano jednym zdaniem: Znalazłam konia!
Dobre. Oczywiście niektórych zadań, na przykład zrobienia sobie zdjęcia z koniem, nie da się wykonać bez prawdziwej kreatywności. Jej się udało.
Zdjęć i filmików są całe setki. Nie mam pojęcia, jak Dane jutro przez nie wszystkie przebrnie. Znając go, zdaję sobie sprawę, że ten konkurs wcale nie będzie losowy i uczciwy. Wybierze po prostu najładniejszą dziewczynę.
Przewijam ekran w dół. Zaczyna się odtwarzać jeden z filmików. Patrzę, jak jakaś dziewczyna bierze z baru dozownik, celuje nim w sufit i strzela z niego wodą, która po chwili opada na ziemię. Panienka wykonuje krótki seksowny taniec i śmieje się do obiektywu.
– Stoję w fontannie! – oznajmia, a piersi prawie wyskakują jej z bluzki.
Włożyła koszulkę na ramiączkach. W lutym w Nowej Anglii, kiedy jest zimno jak cholera.
Nagle jeden z barmanów wyrywa jej z dłoni dozownik i odkłada go na miejsce, posyłając jej podirytowane spojrzenie.
Słyszę cichy śmiech osoby, która kręci film. Dziewczyna w koszulce na ramiączkach sięga po telefon.
– Dobra, to było żenujące. Daj mi ten telefon. Muszę edytować ten filmik, zanim wrzucę go do sieci.
– Uh, uh – pokrzykuje drwiąco dziewczyna trzymająca komórkę i odsuwa się od koleżanki, ale ta szarżuje na nią z piskiem.
– Ryen!
Słyszę śmiech, po którym filmik nagle się urywa.
Stoję w miejscu, wpatrując się w iPoda. Serce zaczyna walić mi w piersiach.
Ryen?
Dziewczyna, która nagrała ten filmik, ma na imię Ryen?
Nie, to niemożliwe. To nie może być ona. Tysiące dziewczyn mają tak na imię. Nie ma jej tutaj.
Spoglądam jednak na filmik i zwracam uwagę na umieszczone nad nim oznaczenia. Otagowano nasz zespół i kilka osób, ale ja szukam tej, która wrzuciła nagranie do sieci.
Ryen Trevarrow.
Prostuję się, mój oddech przyspiesza, a tors wznosi się i opada.
O cholera.
Podrywam wzrok, nie mogę powstrzymać się od szukania jej w tłumie. Sprawdzam twarz po twarzy.
Każda z tych dziewczyn może być nią. Jest tutaj? Co, do cholery?
Ponownie spoglądam na iPoda. Trzymam palec nad jej imieniem, wahając się.
Znam ją od siedmiu lat, ale nigdy nie widziałem jej twarzy. Jeśli zobaczę ją teraz, nie będzie już odwrotu.
Ona tutaj jest. Nie mogę tego zignorować. Nie teraz, gdy wiem, że jest tak blisko.
To zbyt wiele.
Obiecaliśmy sobie, że nie będziemy szukać siebie na Facebooku. Uzgodniliśmy, że nie będziemy też ze sobą rozmawiać przez social media, ale przecież ona mogła mnie z łatwością na nich znaleźć. Może właśnie to zdobiła i wie, do jakiego zespołu należę, i że to nasza impreza. Może właśnie dlatego na nią przyszła?
Pierdolę to. Naciskam jej imię i stoję bez ruchu, kiedy na ekranie wyświetla się profil.
Wtedy ją widzę.
Widzę jej zdjęcie. Coś w moim żołądku przestaje działać i czuję, że tracę oddech.
Jezu.
Na jej seksowne ramiona spływają długie jasnobrązowe włosy. Ma piękną twarz, pełne różowe usta i zadziorne spojrzenie w jasnych niebieskich oczach. A jej ciało... cholera, niesamowite.
A przynajmniej tak prezentuje się na zdjęciu.
Odchylam głowę i głęboko oddycham. Niech cię szlag, Ryen Trevarrow.
Okłamała mnie.
Nie okłamała mnie dosłownie, ale kiedy czytałem jej listy, nie odniosłem wrażenia, że tak wygląda. Wyobraziłem sobie kujonkę w okularach, z purpurowymi pasmami we włosach, ubraną w koszulkę z Gwiezdnych wojen.
Jeszcze raz patrzę na zdjęcie i moją uwagę zwracają fragmenty nagiej skóry na plecach, które wyłaniają się spod bluzki, kiedy patrzy przez ramię w stronę aparatu. Czuję, jak robi mi się gorąco. Zaczynam szybko przeglądać jej profil w poszukiwaniu czegokolwiek, co wskazywałoby, na to, że to jednak nie ona.
Proszę, nie bądź nią. Proszę, bądź tą zwyczajną, niczym niewyróżniającą się dziewczyną, tym wszystkim, co zdążyłem pokochać przez te siedem lat. Nie komplikuj naszych relacji, okazując się gorącą laską.
Jednak fakty mówią same za siebie. Wszystko potwierdza, że ta dziewczyna to Ryen. Moja Ryen.
Była w Gallo’s, jej ulubionej pizzerii, oznaczyła piosenki, których słucha, i filmy, które ogląda, a wszystko to zrobiła ze swojego najnowszego iPhone’a. Telefonu, który uwielbia najbardziej na świecie.
Cholera.
Wyłączam iPoda Dane’a i przebijam się przez tłum. Grzejniki ocieplają nieco lodowate powietrze. Mijam kolejne dołki z ogniskami i czuję zapach pieczonych pianek. Zaciskam szczękę, próbując uspokoić bicie swojego serca. Z głośników rozlega się ogłuszająca muzyka.
Podchodzę do baru i kładę iPoda na ladzie, krzyżując ramiona na piersiach. Nie ruszaj się. Jeśli przyszła tu dla ciebie, to cię odnajdzie. A jeśli nie… to co wtedy? Mam po prostu tak to zostawić?
– Hej.
Gwałtownie podnoszę wzrok, tętno czuje aż w swoim żołądku. Tuż przy mnie stoi dziewczyna z filmiku.
A razem z nią…
Nie mogę oderwać wzroku od Ryen. Wiem, że jej koleżanka właśnie się ze mną przywitała, ale nic mnie to nie obchodzi. Ryen stoi obok niej i delikatnie mruży oczy, patrząc na mnie z wahaniem.
Ma długie proste włosy, a nie kręcone, jak na zdjęciu z Facebooka. Ubrana jest w czarny sweter z odkrytymi ramionami i obcisłe dżinsy, mocno poprzecierane. Przez strzępy materiału widzę skórę jej ud.
Ryen. Moja Ryen.
Zaciskam dłonie w pięści i napinam mięśnie.
Nic nie mówi. Czy wie, kim jestem?
Słyszę, jak jej koleżanka odchrząkuje, więc mrugam, w końcu na nią spoglądając.
– Cześć – odpowiadam.
Dziewczyna z filmiku przekrzywia głowę i patrzy na mnie.
– Muszę kogoś pocałować – mówi bez ogródek.
Oddycham płytko, a świadomość obecności Ryen sprawia mi niemalże fizyczny ból.
– Musisz? – pytam, dostrzegając jej długie czarne włosy opadające na szalik, który ma na sobie, i na bluzkę bez rękawów.
A tu jest naprawdę cholernie zimno.
– Tak. Mam to na mojej liście. – Wskazuje na kartkę, którą trzyma w dłoni.
Nagle jej spojrzenie przesuwa się po moim ciele, a na jej ustach pojawia się uśmiech. Czy to znaczy, że chce pocałować właśnie mnie?
Robi krok do przodu, ale zanim zdąży się zbliżyć, biorę kartkę z jej dłoni i sprawdzam, co tam jest napisane.
– To ciekawe, bo tu nic takiego nie ma – stwierdzam i oddaję jej świstek papieru.
– Robię to dla niej – wyjaśnia, zerkając na koleżankę. – Jest nieśmiała.
– Jestem wybredna – wtrąca się Ryen, a ja ponownie na nią spoglądam. Podoba mi się jej bezceremonialna odpowiedź.
Zadziera lekko brodę i prowokująco patrzy mi w oczy.
Czy to ma znaczyć, że nie spełniam jej wymagań? No, no… Powstrzymuję się od uśmiechu.
– Lyla! – woła ktoś. – O mój Boże, musisz to zobaczyć!
Koleżanka Ryen odwraca głowę w stronę stojącej niedaleko grupki ludzi i śmieje się z tego, co tam widzi. Teraz wiem, że ma na imię Lyla. Obraca się z powrotem do mnie.
– Zaraz wrócę. – Jakby mnie to obchodziło. – Proszę, pocałuj ją. Ona tego potrzebuje.
Zauważa, że Ryen wbija w nią zabójcze spojrzenie, więc szybko dodaje:
– To jedno z zadań.
Odchodzi ze śmiechem. Myślałem, że Ryen za nią pójdzie, ale się myliłem.
Zostaliśmy sami.
Spoglądam na nią, a po karku zaczyna spływać mi zimny pot. Oboje boimy się przełamać niezręczną ciszę.
Dlaczego ona nic nie mówi? Przecież musi wiedzieć, kim jestem. Oczywiście nie mówiłem jej, że niedawno założyłem zespół, bo za kilka miesięcy, gdy skończymy szkołę, chciałem ją zaskoczyć i sprezentować jej prawdziwą staroświecką kasetę demo, ale mimo wszystko bycie niewidzialnym w dzisiejszych czasach jest prawie niemożliwe. Imiona i zdjęcia są na naszej stronie na Facebooku oraz na stojakach z kartkami przy wejściu. Czy ona robi sobie ze mnie jaja?
Ryen przestępuje z nogi na nogę, widzę, jak jej klatka piersiowa się unosi, kiedy bierze głęboki oddech. Wygląda tak, jakby czekała, aż w końcu coś powiem. Ale się nie odzywam, więc wzdycha i spogląda na swoją kartkę.
– Potrzebuję jeszcze zdjęcia ze sceną jedzenia niczym z Zakochanego kundla.
Znowu zakładam ręce na piersiach. Patrząc na nią, mrużę oczy. Długo zamierza tak udawać?
– Albo – kontynuuje zirytowanym głosem, pewnie dlatego, że nie odpowiadam – może być zdjęcie zdjęcia zdjęcia. Cokolwiek to znaczy.
Wciąż milczę. Jej zachowanie zaczyna mnie denerwować. Po siedmiu latach właśnie w taki sposób chcesz, żebyśmy się poznali, skarbie?
Kręci głową tak, jakbym to ja był nieuprzejmy.
– No dobra, nieważne. – Odwraca się i chce odejść.
– Zaczekaj! – ktoś nagle woła.
Dane podbiega do Ryen i zatrzymuje ją, a potem podchodzi do mnie.
– Człowieku, dlaczego patrzysz na nią tak, jakby właśnie pobiła twoją babcię? – mruczy pod nosem, po czym odwraca się do Ryen i posyła jej uśmiech. – Cześć. Jak się masz?
Spuszczam wzrok, ale tylko na chwilę. Czyżby naprawdę nie wiedziała, kim jestem?
Domyślam się, że dziś jest tu masa ludzi, którzy nawet o nas nie słyszeli. Nie jesteśmy znanym zespołem, a nasza impreza prawdopodobnie jest jedynym wydarzeniem w obrębie pięćdziesięciu kilometrów, więc dlaczego miałaby tu nie przyjść, skoro w pobliżu nic innego się nie dzieje? Może nawet nie mieć pojęcia, że właśnie stoi przed nią Misha Lane. Chłopak, do którego pisze listy, odkąd skończyła jedenaście lat.
– Jak masz na imię? – pyta Dane, a ona odwraca się i podejrzliwie na mnie zerka.
Ma się na baczności. To moja wina.
– Ryen – odpowiada. – A ty?
– Dane – mówi i zwraca się w moją stronę. – A to jest… – zaczyna, ale ja nagle delikatnie uderzam go w brzuch.
Nie. Nie w taki sposób.
Ryen marszczy brwi. Pewnie się zastanawia, dlaczego tak się zachowuję.
– Jesteś z Falcon’s Well? – kontynuuje Dane, rozumiejąc znaczenie mojego zachowania i zmieniając temat.
– Tak.
Dane przytakuje i ponownie zapada niezręczna cisza.
– No dobra. – Klaszcze. – Słyszałem, że musisz coś zjeść tak, jak w Zakochanym kundlu…
Nie czekając na odpowiedź, sięga przez bar i zaczyna grzebać w pojemnikach z jedzeniem.
Wyciąga kawałek cytryny, na którego widok Ryen się krzywi.
– Cytrynę?
– Wyzywam cię – oznajmia Dane.
Ona jednak kręci głową.
– No dobra, zaczekaj – rzuca i gdzieś znika.
Wpatruję się w Ryen. Nie mogę oderwać od niej wzroku. Jeszcze do mnie nie dociera, że to faktycznie ona.
Jej szczupłe palce napisały do mnie pięćset osiemdziesiąt dwa listy. Wiem, że gdy miała osiem lat, przewróciła się na lodowisku, a makijaż ma ukryć niewielką bliznę pod brodą. Wiem, że każdej nocy związuje włosy, bo nie ma nic gorszego niż obudzenie się z ustami pełnymi kosmyków.
Byłem z sześcioma dziewczynami, ale żadnej z nich nie znałem tak dobrze, jak znam ją.
A ona rzeczywiście nie wie, że to ja…
Dane wraca z drewnianym szpikulcem w dłoni, na którego czubku znajduje się pieczona pianka z jednego z ognisk. Podchodzi do mnie i wpycha mi ją do ręki.
– Współpracuj trochę.
Odwraca się do Ryen i chwyta jej telefon.
– Śmiało. Zrobię wam zdjęcie.
Oczy Ryen zdradzają rozbawienie, ale ciemnieją, gdy na mnie spogląda. Ewidentnie nie ma ochoty na zabawę w Zakochanego kundla akurat ze mną.
Jednak nie wycofuje się ani nie udaje nieśmiałej. Podchodzi do baru, chwyta jeden ze stołków i staje na jego drewnianej podpórce, by dodać sobie parę centymetrów. Nie jest niska, ale wiele jej brakuje do mojego metra osiemdziesiąt. Przybliża się do mnie i delikatnie rozchyla wargi, patrząc mi w oczy. Serce wali mi w piersiach jak oszalałe. Z trudem się powstrzymuję, żeby nie objąć jej ramionami i jej nie dotknąć.
Niespodziewanie ona się zatrzymuje.
– Zbliżam się do ciebie z otwartymi ustami. – Wskazuje na siebie. – Musisz mi pokazać, że naprawdę tego chcesz.
Nie wytrzymuję i kącik moich ust unosi się w lekkim uśmiechu.
Cholera. Jest seksowna.
Nie spodziewałem się tego.
Łamię się. Podnoszę piankę i patrząc jej w oczy, otwieram usta. Oboje wychylamy się do przodu i delikatnie ją gryziemy, zastygając na chwilę, by Dane mógł zrobić zdjęcie. Jej oczy świdrują moje, a piersi wznoszą się i opadają. Czuję jej oddech na swoich wargach.
Całe moje ciało płonie, a gdy Ryen przybliża się jeszcze bardziej i bierze kolejnego gryza, jej usta muskają moje. Słyszę swój cichy jęk i odsuwam się, połykając kawałek pianki. Cholera.
Ryen przez chwilę żuje swoją część, po czym oblizuje wargi i schodzi ze stołka.
– Dziękuję.
Kiwam głową. Czuję na sobie wzrok Dane’a. Jestem pewien, że on wie, że coś nie gra. Rzucam drewniany szpikulec na ladę i patrzę mu w oczy. Przygląda mi się z niewinnym uśmieszkiem.
Co za kutafon.
No dobra, fajny pomysł z tą pianką, Dane. Z tą dziewczyną mógłbym zjeść dwanaście takich. Może jednak nie wrócę od razu do domu, okej?
W mojej kieszeni zaczyna wibrować telefon, więc wyjmuję go i widzę na ekranie imię siostry. Odrzucam połączenie. Pewnie się zastanawia, gdzie zniknąłem z jej zamówieniem. Oddzwonię za minutę.
– Słuchaj – zaczyna Dane – te wszystkie zdjęcia, które wrzucasz na Facebooka… Nie masz chłopaka, który je zobaczy i będzie nas za nie ścigał, prawda?
Napinam się. Ryen nie ma chłopaka. Powiedziałaby mi o tym.
– Nic z tych rzeczy – odpowiada. – On wie, że nie jestem jego własnością.
Dane śmieje się, a ja stoję bez ruchu, uważnie słuchając.
– Nie, nie mam chłopaka – oznajmia już na poważnie.
– Trudno mi w to uwierzyć…
– I nikogo nie szukam – przerywa mu w pół zdania. – Kiedyś miałam jednego i musiałam go myć, karmić i wychodzić z nim na spacer…
– I co się zmieniło?
– Najwyraźniej miałam małe wymagania. – Wzrusza ramionami. – Potem stałam się wybredna.
– Czy istnieje jakiś facet, który mógłby sprostać twoim nowym wymaganiom?
– Tylko jeden. – Zerka na mnie, po czym ponownie patrzy na Dane’a. – Ale jeszcze go nie poznałam.
Jeden. Tylko jeden facet spełnia jej wymagania. Czyżby miała na myśli mnie?
Mój telefon ponownie zaczyna wibrować, więc wsuwam dłoń do kieszeni i wyłączam dźwięk.
Zerkam do góry i widzę błysk skupionych na jednym miejscu fleszy. Ludzie robią sobie zdjęcia przy ścianie z graffiti.
Podchodzę do Ryen i ku jej zaskoczeniu zabieram jej telefon. Staję za nią, włączam aparat, wybieram tryb selfie i schylam się, obejmując obiektywem nasze twarze. W kadrze zamykam jednak też stojącego za nami faceta, który robi zdjęcie dwóm dziewczynom przy ścianie z graffiti.
– Zdjęcie… – szepczę jej cicho do ucha, wskazując nasze selfie – zdjęcia… – wskazuję w ekranie telefonu na stojącego za nami faceta – zdjęcia. – Pokazuję ścianę, przed którą stoją fotografowane dziewczyny.
Na jej twarzy w końcu pojawia się uśmiech.
– Sprytne. Dzięki.
Klikam i zachowuję ten moment na zawsze.
Przez chwilę wdycham jej zapach i uśmiecham się do siebie – zanim będę musiał się odsunąć i pożegnać.
Znienawidzisz mnie za to, skarbie, gdy kiedyś w końcu naprawdę się spotkamy i zrozumiesz, co się właśnie stało.
Ryen bierze ode mnie komórkę i zaczyna powoli odchodzić. Zerka przez ramię i patrzy na mnie, po czym znika w tłumie ludzi.
A ja już chcę, żeby wróciła.
Wyciągam telefon z kieszeni i dzwonię do siostry. Jak bardzo mnie znienawidzi, jeśli powiem jej, żeby sama sobie kupiła swoje przekąski? Chyba nie mam ochoty jeszcze wychodzić.
Jednak kiedy oddzwaniam, nikt nie odbiera.

Recenzję możecie przeczytać tutaj --> Punk 57 
Copyright © 2014 Świat Książkowy Mali , Blogger